sobota, 21 listopada 2020

„Pani doktór, przyjęcie, czyli typowy dyżur na Internie”

Pani doktór, przyjęcie, czyli typowy dyżur na Internie”

Cała zabawa zaczyna się koło trzeciej, gdy lekarze chyłkiem zaczynają opuszczać oddział. Nikt do końca nie zna swoich godzin pracy, bo te przesuwają się o pół godziny w przód i w tył, ale wiadomo, że jak o trzeciej coś się dzieje z pacjentem i szuka się lekarza prowadzącego, to szefowa ostrym głosem mówi "lekarz dyżurna Dopamina się tym zajmie". Nawet jeśli lekarz prowadzący jest jeszcze na oddziale, tak nawiasem mówiąc.

Zaczyna się niewinnie, coś podać pacjentowi, coś zlecić na ból, ocenić glikemie całego oddziału, temperatury... w tym czasie oczywiście musi się coś stać, np. pacjent Jawor zaczyna się dusić. Zlecasz badania, leki, pacjentowi się poprawia, wracasz zadowolony do zabiegowego, a tu już wściekłe pielęgniarki:

- Dlaczego jeszcze cukry nie sprawdzone? Insuliny nie podane!

No więc szybko sprawdzasz te glikemie, byle nie pominąć jakiejś powyżej czterysta.

Potem wracasz do dyżurki i zastajesz martwe komputery. Ktoś gorliwie wyłączył wszystkie przed pójściem do domu. Włączasz jeden, włączasz drukarkę, wkładasz do niej papier, wyjmujesz, wyciągasz zaciętą kartkę, wkładasz papier. Komputer nadal się uruchamia. Telefon dzwoni.

- Tu SOR, wysyłamy pacjentkę.

- Z czym?

- Zapalenie płuc.

Ok, pierwsze przyjęcie. Miejsc masz osiem, tyle będzie przyjęć. Są jeszcze trzy planówki, ale te już obrobione. Planówki są fajne, opisujesz, zlecasz badania, idą spać. Ty masz za to same ostre przyjęcia, czasami nieciekawe.

Zanim przyjeżdża pacjentka, pana Ruszczaka zaczyna boleć w klatce piersiowej. Zlecasz troponiny, EKG, nad płucami nic nie słyszysz. EKG ma kolejkę, będzie za dwie godzinki, laboratorium - koło godziny. Uspokajasz pana Ruszczaka i idziesz przyjmować panią z zapaleniem płuc.

SOR zapomniał wspomnieć, że pani ma dziewięćdziesiąt osiem lat, trzydzieści kilo wagi i nie ma z nią kontaktu. Cóż. Włączasz antybiotyk, kroplówki i idziesz dalej.

Wracasz do dyżurki i wyciągasz kanapkę. Pierwszy posiłek od rana. Dzwoni telefon. Chciałbyś go zignorować, no ale wiesz, co to może być. Odbierasz.

- SOR. Przyjęcie.

Odkładasz słuchawkę. Zanim pacjent przyjedzie, zdążysz zjeść kanapkę. Telefon.

- Pani doktór, pacjent z dwunastki zgłasza duszność.

No dobra, kanapka później. Idziesz. Dusi się człowiek, trzeba działać. Okazuje się, że pacjent odłączył sobie tlen. A tak jakoś machał ręką. Podłączasz. Pacjent nazywa cię kurwą. Wracasz do kanapki.

Po drugim gryzie chleba telefon. Pielęgniarki. Pacjent z SOR. Przyjęcie. Idziesz. Tym razem urosepsa, pacjent z niskim ciśnieniem, na noradrenalinie. Dostał antybiotyk dożylnie, ale nadal marnie wygląda. Trzeba by go zamonitorować.

- Nie ma monitora - tak informuje pielęgniarka. - Nowak z dwójki ma nasz monitor, bo po zawale jest.

Podłączasz nowemu pacjentowi pulsoksymetr: jak pacjentowi zatrzyma się serce, to urządzenie zacznie wyć, może zdążysz na reanimację. Czy to normalne, że na pięćdziesiąt łóżek jest jeden monitor? Nie wnikasz.

Wracasz do dyżurki, na biurku leży kanapka. Wgryzasz się w nią. Cisza. Cóż za ulga. Trzeci kęs. Telefon. Pielęgniarkom brakuje morfiny. Trzeba przynieść z sejfu, wypełnić papiery, co ile komu po co. Pielęgniarki nie znają nazwisk pacjentów biorących morfinę: ten spod szesnastki. Ok na szesnastce leży Grabowski i Olszewski, Olszewski jest ok, pewnie ten drugi bierze. Wpisujesz.

Piszesz SMSa do mamy. Ratuj, źle mi tu. Mama odpisuje, pociesza. Ale nie wie, jak to jest być odpowiedzialnym za pięćdziesiąt żyć. Plus swoje własne. Zastanawiasz się, jak to by było, gdybyś teraz umarł. Ciekawe.

Gryz kanapki. Przyjemna twardość rozchodzi się w przełyku.

Telefon. Pielęgniarki tłumaczą, że pana Ogińskiego boli w klatce, ale jednak to chyba brzuch, więc dały Nospę i jest lepiej. Jednocześnie rozlega się pukanie do drzwi dyżurki. Rozważasz, czy Nospa na zawał pomoże, czy nie, a pukanie staje się łomotaniem. Rozłączasz rozmowę licząc na to, że rzeczywiście pacjenta bolał brzuch, idziesz otworzyć drzwi.

- Jest tu jakiś lekarz? - krzyczy kobieta.

- Ja jestem jedynym lekarzem.

Patrzy ja ciebie zniesmaczona. Przypominasz sobie, że wyglądasz na dwadzieścia lat. W końcu przełamuje się i pyta o babcię.

- Jak się babcia nazywa?

Kobieta jest przerażona. Jakiś niekompetentny lekarz nie wie, jak nazywa się jej babcia.

- Romanowicz.

Patrzysz na kartkę z listą pacjentów, kobieta prawie mdleje. Wyjaśniasz, że babcia miała dializę i czuje się słabo. Pańcia odchodzi. Czujesz się niekompetentnym chamem.

Telefon.

- SOR, pani z bólem brzucha.

- SOR, pan z odmą i zapaleniem płuc.

- SOR...

Dochodzi północ. Zostało ci jedno miejsce. Może szybko kogoś przyślą i uda ci się kimnąć? Zobaczymy. Sięgasz po ostatniego gryza kanapki. Masz jeszcze w zanadrzu zupę i batona, ale zupy już po nocy nie będziesz odgrzewał. Gryziesz batona. Będzie zgaga, trudno.

Przez chwilę jest cicho i czujesz, jak przez skórę ulatują z ciebie emocje. Pięćdziesiąt żyć. I ty. Chcesz stąd wyjść. Chcesz położyć się do łóżka i zasnąć. Nie jest ci to dane.

Telefon. SOR. Pani z zakażeniem dróg moczowych. Ech. Jeśli na oddział dają kogoś z zapaleniem pęcherza, to znaczy, że to ktoś w bardzo ciężkim stanie. Gryz batona. Wjeżdża pacjentka bez kontaktu, wyniszczona, z domu opieki. Gorączkuje. Antybiotyk, kroplówki, żywienie. Nic więcej nie da się zrobić. Po chwili pani umiera. Stwierdzasz zgon. Żal ci. Może to była całkiem miła pani? Nikt nie pozna już jej historii. Telefon do rodziny. Jak ktoś dzwoni o pierwszej w nocy, to wiedzą, czego się spodziewać. Papiery, papiery, papiery.

Telefon. SOR.

- Był zgon? To macie wolne miejsce? Zaraz kogoś prześlemy.

Zanim SOR zastanowi się, kogo ci przysłać, zdążysz się zdrzemnąć. Ostatni raz przeglądasz zlecenia i dopisujesz morfinę do raportu. Kładziesz się na starej kanapie, śmierdzącej pokoleniami dyżurujących tu lekarzy. Telefon.

Pan z czwórki chce lek nasenny. Idziesz do zabiegowego, gdzie leży jego karta i wpisujesz tabletkę. Pielęgniarka niesie ją pacjentowi, przy okazji budząc jego sąsiada. Sąsiad chce tabletkę nasenną. Dobrze, że jeszcze nie wyszedłeś z zabiegowego.

Wracasz do dyżurki. Telefon. SOR chce przysłać młodego chłopaka z zapaleniem płuc. Ok, niech jadą. Nie zdążysz się położyć, więc tylko zamykasz oczy przy biurku. Słyszysz huk. Wychodzisz z dyżurki.

Pani Iwonka właśnie zmywała podłogę i pacjent z czternastki się poślizgnął i przewrócił. Chciałbyś spytać, dlaczego o drugiej w nocy zmywają podłogi, ale domyślasz się, że skoro ekipę sprzątającą zatrudniają na godziny, to pani Iwonka jest tu tylko w nocy.

Okazuje się, że pacjent uderzył się w głowę i nie pamięta zdarzenia. Dzwonisz do radiologów i prosisz o pilną tomografię. Radiolog nazywa cię idiotą, ale zapisuje pacjenta. Pielęgniarka nie chce jechać sama, ma być lekarz. Zastanawiasz się, czy iść, czy pilnować oddziału, ale z opresji ratuje cię krzyk pani Modrzejewskiej z ósemki. Pielęgniarka jedzie sama na badanie, a ty idziesz spacyfikować panią Modrzejewską, która właśnie wychodzi przez okno. Dwa dni temu trafiła na oddział, do tego czasu siedziała w domu i spożywała alkohol. Pielęgniarka Zosia ma już naszykowane ampułki z diazepamem i haloperidolem. Wystarczy wpisać w kartę. Pasów na oddziale nie ma, bo w szpitalu nie ma psychiatry.

Gdy wpisujesz zlecenia, pielęgniarka Zosia przynosi z socjalnego czekoladki od pacjenta i daje ci jedną. Kawowa. Dobrze, będzie na tę noc.

Po cichu zaglądasz do sal i sprawdzasz, czy wszyscy żyją. Chyba tak. Wraca pacjent z tomografii. Dzwonisz do radiologa i pytasz i ewentualny uraz. Radiolog zaprzecza i nazywa cię idiotą. Zauważasz, że został ci ostatni gryz kanapki.

Podejmujesz drugą próbę położenia się. Koc śmierdzi. Nie możesz zasnąć, bo w głowie gra ci piosenka, której słuchałaś, jadąc do pracy. Tak, dzwoni telefon.

Zgon. Pacjent Mazurek, lat dziewięćdziesiąt osiem, obciążenia: wszystko. Idziesz potwierdzić, że pacjent nie żyje, dzwonisz do domu opieki, w którym mieszkał chory. Papiery. Nie wiesz, co wpisać w przyczynę zgonu, bo pacjent chorował na wiele chorób. Sprawdzasz w systemie, za co najwięcej pieniędzy zapłaci NFZ.

Za oknem robi się jasno, ale do rana jeszcze daleko. Zanim wzejdzie słońce, czeka cię jeszcze jedna duszność, dwa zaparcia od tygodnia, jedna biegunka dla odmiany oraz ściąganie z okna pani Modrzejewskiej.

Wracasz do dyżurki o siódmej i zastanawiasz się, czy iść spać na godzinę, czy pisać raport. Wybierasz raport. Na szczęście system w miarę składnie go tworzy, więc zostają ci małe poprawki. Słyszysz jedynie ciszę, więc kładziesz się na kanapie. Nie wiesz, czy śpisz, czy nie. Przed oczami przelatują ci dziwne obrazki, jednocześnie nasłuchujesz telefonu. Ten nie dzwoni.

Dochodzi ósma, przychodzi Asia, potem Marek. Pytają o swoich pacjentów. Ze zmęczenia nie pamiętasz, jakie sale prowadzą.

O ósmej wchodzi ordynator i zarządza odprawę. Chcesz iść do domu, ale nikomu się nie chce czytać raportu, więc ty musisz. Gdy jest już po wszystkim, dzwoni SOR. Przyślą pacjenta na miejsce po zgonie. Dyskretnie wymykasz się do szatni.

niedziela, 15 listopada 2020

Podstarzała rezydentka, czyli medycyna rodzinna po trzydziestce

 Odliczając czas hospitalizacji, rezydentką medycyny rodzinnej jestem już dziewięć miesięcy. To dużo czy mało? Chyba mało - w porównaniu do trzech lat na internie i półtora roku kulania się po POZ-ie i NPL-u bez specjalizacji. Dużo zaś jeśli chodzi o ponowne poznanie smaku bycia lekarzem rezydentem.

Załatwianie staży, kursów, ogarnianie systemu monitorowania kształcenia... Nie idzie mi to ciężko, mam przecież doświadczenie, jednak czuję się na powrót jak studentka, uczniak. Z jednej strony ułatwia to dokształcanie, zmusza do wysiłku, z drugiej czasem na stażach traktowana jestem jak lekarz gorszej kategorii. 

Sama medycyna rodzinna? Strzał w dziesiątkę. Po raz pierwszy czuję się na swoim miejscu, idę do pracy z chęcią, a nie z płaczem. Lubię pracować z pacjentami, a wielu pacjentów zdaje się lubić mnie. Oczywiście zdarza się nie złapać flow z niektórymi - ci po prostu do mnie już nie przyjdą. Albo przyjdą, gdy przypili ich nagła potrzeba.

Wady? Oczywiście. Papiery, roszczeniowość, stawka kapitacyjna, pewnie i inne się znajdą. Ale najwyraźniej zalety przeważają, skoro jeszcze w tym siedzę.

Na razie zostaję, co potem - nie wiem.

środa, 7 października 2020

Artykuł "Krajobraz polskiej psychiatrii w liczbach"

Krajobraz polskiej psychiatrii w liczbach


Epidemiologia w psychiatrii

Pierwszym i najpełniejszym badaniem epidemiologicznym zaburzeń psychicznych, ilustrującym skalę zaburzeń psychicznych w Polsce jest badanie EZOP przeprowadzone zgodnie z metodologią Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) we współpracy z Konsorcjum World Mental Health (WMH).

Jak dowiadujemy się z opublikowanych danych, u aż 23,4% badanej populacji zdiagnozowano chorobę lub zaburzenie psychiczne klasyfikowane w ICD-10 lub DSM-IV. Można więc oszacować, iż problemy natury psychicznej dotyczą ponad 6 mln Polaków.

Do najczęstszych należały zaburzenia związane z używaniem substancji (12,8%), w tym nadużywanie i uzależnienie od alkoholu (11,9%) oraz nadużywanie i uzależnienie od narkotyków (1,4%). Kolejna grupa zaburzeń pod względem rozpowszechnienia to zaburzenia lękowe, które dotyczą około 10% badanej populacji. Zaburzenia afektywne łącznie rozpoznawano u 3,5% respondentów, co oznacza 1 milion Polaków.

Dodatkowo, co bardzo niepokojące, w 2019 roku liczba osób zmarłych w aktach samobójczych wyniosła 11 961 i jest to 7-procentowy. wzrost w stosunku do danych z 2018 r.

Niedobory kadrowe

W Polsce jest zaledwie ok. 4,3 tys. lekarzy specjalistów psychiatrii czynnych zawodowo. Jeszcze mniej, bo zaledwie 455 wykonujących zawód specjalistów mamy w dziedzinie psychiatrii dziecięcej, co przy 6,9 mln populacji poniżej 18. roku życia daje wskaźnik 0,65 lekarzy na 10 tys. małoletnich.

Jak zatem będzie wyglądać krajobraz opieki psychiatrycznej po pandemii? Tego nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Świat w dobie pandemii

Gwałtowne zmiany w życiu społecznym i zawodowym zawsze pociągają za sobą wzrost zapotrzebowania na usługi związane ze zdrowiem psychicznym. Dodatkowy stres związany jest z bezpośrednim zagrożeniem życia w przypadku infekcji Covid-19. Ten fakt uwypukla jeszcze bardziej kadrowe i finansowe problemy polskiej opieki zdrowotnej ogólnej i psychiatrycznej.

 

sobota, 12 września 2020

Pamiętnik studencki z książki, czyli typowa medycyna jest typowa

Dzień pierwszy

Dom. Pokój. Czerwony dywan we wzorki, biała kulka pod sufitem z ostatnią, pozostałą żarówką, jasne biurko i łóżko. Duże łóżko, dwuosobowa kanapa, nigdy nie składana. Pojedyncza szafka na ubrania. Laptop.

Na środku Emilia. Na dywanie, między łóżkiem a szafką. Myślała tylko o jednym: że gdy przepali się ta ostatnia żarówka, gdy w pokoju zapadnie mrok, to ona zginie. Jeśli nie umrze ze strachu, to przyjdą jakieś bliżej nieokreślone demony.

Noc. Bała się nocy. Już od dawna, już od lat, ale tego wieczora bała się bardziej niż wcześniej. Noc przysyłała cienie. Zwłaszcza długa, styczniowa noc. Taka jak ta.

Za tydzień miała egzamin. Musiała się uczyć. Książka leżała tam, gdzie zwykle, na kanapie, laptop na biurku wyświetlał kolorowe obrazki mające zawierać wiedzę. W głowie Emilii było pusto. Nie było wiedzy, nie było daty egzaminu, która przypominałaby o zbliżającym się deadlinie, nie było następnego poranka. Była tylko zimna, styczniowa noc.

Wstała. Zgłodniała już trochę, ale droga do kuchni uwzględniała oglądanie drzwi do pustego pokoju współlokatorki. Ukazywała samotne życie Emilii w pełnej krasie, w całej rozciągłości. Bała się tego, że cokolwiek stanie się w tym mieszkaniu, a mogło stać się coś złego, zostanie zapomniane. Wiedziała, że jeśli tu umrze, nikt nie dojdzie, co się stało. Chyba że umrze z własnej woli.

Wzięła laptopa z biurka i zaniosła na łóżko. Uczyć się, uczyć się, uczyć się. Oglądała litery na barwnych prostokątach slajdów. Dziwne litery. Litery tworzyły słowa, a słowa... Słowa nie miały znaczenia. Niektóre były dziwne, inne proste. Ale wiedza wypływała z komputera, leciała w przestrzeń i znikała gdzieś za chmurą oddechu. Nie docierała do oczu, nie płynęła szlakami nerwowymi, nie rejestrował jej mózg.

Po godzinie się poddała. Zatrzasnęła laptopa, wzięła w rękę piżamę i poszła wziąć prysznic. Chciała zasnąć. Wiedziała, że nie będzie to proste, że ciemność już zaciera swoje zimne dłonie na myśl o niej, ale musiała. Za tydzień egzamin.

Dzień drugi

Gdy otworzyła oczy, było wczesne popołudnie. Wstała, włożyła koszulkę wziętą z góry stosu i poszła zrobić sobie zwyczajową kawę z mlekiem. Śniadanie. Laptop i książka jak wyrzut sumienia czekały, aby wwiercać jej się w mózg ze swoją wiedzą.

Wypiła kawę, nałożyła grubą kurtkę i wyszła. Zaczęła się gra.

Ulica jak GPS wyznaczała jej drogę. Szara wstęga chodnika otoczona szarymi ścianami domów, by nie pomyliła trasy. Krok za krokiem przesuwała ten świat względem nieruchomej siebie. Nagle pojawił się przed nią sklep. Weszła do środka i idąc na pamięć swoim stałym zygzakiem, zgarniała tylko jedzenie. To samo, co zawsze. Do kasy oczywiście kolejka. Stała, dzierżąc swoje niewielkie zakupy. Pięć minut. Dziesięć. W końcu jej kolej. Z rękami w kieszeniach czekała, aż kasjerka zeskanuje produkty.

Z wypchaną torebką pokonała trasę wiodącą do domu. Do wynajętego pokoju raczej, bo jak o domu to o tym mieszkaniu nie myślała.

Pokroiła ser w kostki, mleko schowała do lodówki, paczkę orzechów rzuciła na łóżko. Teraz nauka. Otworzyła laptopa. Znowu rzędy słów. Skupiła się. Kostka sera – jedno zdanie. Zrozumiane. Druga kostka, trzecia. Kolejny slajd. Informacje wpływały do jej głowy wąskim strumyczkiem i opadały gdzieś na dno czaszki, a ona czuła się wypełniona wiedzą, przelana, utopiona.

Włączyła pasjansa. Rundka. Druga, trzecia, ewentualnie siódma. Godzina zleciała, ser się skończył. Poszła po orzeszki w cieście. Najpierw zawsze wyjadała pół skorupki z orzechem, a resztę ciasta zostawiała. Orzeszek – słowo. Po kilku slajdach na biurku zgromadziła się górka skorupek. Zjadła. To było najlepsze. Godzina nauki. Kawa.

Wieczór? Tak jak wczoraj. Chociaż nie na dywanie, tym razem na łóżku. I noc. Potem noc. Noc zawsze przychodzi. To była niestety prawda.

Dzień trzeci

Dziś wstała wyjątkowo wcześnie. W południe. Jasnobrązowa kawa wypełniła jej głowę i poranek. Nałożyła spodnie i bluzę, przeczesała niemyte od trzech dni włosy. No nie, tak do sklepu średnio iść. Związała je w tłustą kitkę.

Przeliczyła drobne w torebce. Będzie na ser i mleko, ale na orzeszki nie starczy. No nic, zapłaci kartą. Bała się, że karta nie zadziała, że spłonie ze wstydu, gdy na terminalu wyświetli się nienawistny napis. Ale co robić, nie chciało jej się wypłacać z bankomatu. A może jednak? Pięćdziesiąt złotych?

Ostatecznie wypłaciła. Strach przed upokorzeniem był zbyt duży. Wróciła z kawałkiem sera, litrem mleka, orzeszkami i jogurtem. Jakaś niecodzienność w codzienności. Może uczci to nauką.

Jednak nauka nie przychodziła. Slajdy wywoływały jakieś niezrozumiałe uczucie. Złe uczucie. Kilka rundek pasjansa. Wstała. Może posłucha muzyki i się odpręży? Będzie łatwiej potem czytać rzędy zdań.

Godzinka muzyki, podczas której słuchała zapętlonych dwóch piosenek, i zasiadła z powrotem do slajdów. Za dużo ich. Przeniosła się na łóżko i otworzyła książkę. Podręcznik był niezły, tłumaczony z amerykańskiego pierwowzoru, więc napisany dość łatwo i przystępnie. Z trudem, z wysiłkiem, spociwszy się niemalże, przebrnęła przez konieczny do egzaminu rozdział. Reszta może poczekać.

Spojrzała przez okno. Wieczór. Znów. Ciemność. Niknący w czerni granat nieba. Przy ostatniej żarówce czekała na zbawienie snu.

Dzień czwarty

Za cztery dni egzamin. Jeszcze nie otworzyła oczu, a już była tego świadoma. Dziwny sen. Męczący jak jawa. Poranna kawa na rozluźnienie. Spodnie i bluzka. Mycie włosów. Z twarzą oblepioną mokrymi strąkami wypiła kupiony wczoraj jogurt. Bananowy smak.

Dzisiaj inny sklep. Galeria handlowa, masa anonimowych ciał. Szła tak, by mieć przestrzeń. Duży sklep, migające kolory produktów. Półka serów, tak wielki wybór. Wzięła dwa. I orzeszki, inne niż zwykle. Dziś bez mleka, jeszcze zostało. Z wypchaną torebką weszła do mieszkania. Jeden ser do lodówki, drugi na obiad. Do obiadu kawa.

Kilka rundek pasjansa i otworzyła slajdy. Temat. Wpisała w wyszukiwarce słowa kluczowe. Znalazła filmik, na którym mężczyzna omawia to, co potrzebne do egzaminu. Słuchała. Mężczyzna miał miły głos. Z tą bazą wiedzy kolejne podejście do slajdów. Jeden slajd – cztery kostki sera. Drugi slajd – trzy. Trzeci – pięć. Przy czwartym zabrakło sera. Dzięki orzeszkom skończyła prezentację. Dziś tak wiele zrobiła!

Ciemność wieczoru złagodził drugi ser. I muzyka. Ten sam kawałek, co wczoraj. Potem znowu noc. Pojedyncza żarówka.

Dzień piąty

Trzy dni. Trzy, dwa, jeden, start. Południowe słońce rozświetlało pokój, zabierając demony nocy. Wyszła z łóżka. Nie ma czystej bluzki. Wzięła koszulkę i okryła się swetrem. Sweter gryzł, skóra swędziała. Trzeba będzie wytrzymać.

Czajnik bulgotał cicho, zapowiadając kawę. Butelka z resztką mleka stała na kolorowej ceracie. Pusta lodówka. Jakieś słoiki współlokatorki porozstawiane na półkach. Emilii – nic. Tylko mleko i kawa.

Może zjeść dziś mięso? Więc inna galeria handlowa, inny sklep. Anonimowe ciało Emilii wśród ludzi bez twarzy. Kombinat wysysający pieniądze z bezwładnych mózgów. Mleko, ser i pulpety w słoiku. W sosie grzybowym.

Wróciwszy do domu, mleko postawiła do lodówki, słoik na stole. Patrzyła na brązowawą zawartość. Mięso? Może mięso. Widelcem podważyła wieczko. Otworzyła. Zapach sosu grzybowego po chwili dotarł do jej nosa. Wzięła z szafki głęboki talerz i wydłubała z pojemnego słoika cztery pulpety i trochę sosu. Nie lubiła, gdy jej danie pływało. Resztę wyrzuciła. Talerz do mikrofalówki. Dwie minuty. Przemieszała. Dwie minuty. Gorące.

Najedzona pulpetami zasiadła do komputera. Pasjans. Raz, dwa, trzy. Trzy wygrane. Cztery. Przegrana. Dwie wygrane. Więc slajdy. Reszta orzeszków z wczoraj. Garść – slajd. Potem same skorupki w nagrodę.

Po czternastu slajdach porzuciła ostatnią garść orzeszków i poszła po ser. Dobry ser pleśniowy. Pokroiła w kosteczki. Sześć slajdów. Koniec sera. Cztery slajdy. Koniec orzeszków. Pasjans.

Znów granat nieba i szarość pokoju. Szarość pokoju jak szarość mózgu. Aż w jej oczach zsiwiał wzrok. Zapaliła jedyną żarówkę. Nadal świeciła. Była dumna z efektów swojej dzisiejszej pracy. I przerażona ogromem wiedzy, której jeszcze nie wchłonęła. W nocy muzyka. Muzyka, ciągle ten jeden kawałek, potem sen.

Dzień szósty

Zbudził ją męczący sen. Ulga. Złe sny, pogoń, stres, kłótnie. Teraz tylko ona, jej łóżko, dzień. Sekunda spokoju i myśl o egzaminie. Pojutrze. Spuściła bose stopy na podłogę. Trzeba obciąć paznokcie u nóg. W piżamie poszła po nożyczki i ścięła je tuż przy samej skórze. Włosy – znów nieświeże – związała w kitkę. Spodnie, koszulka i sweter z wczoraj. No i kawa z mlekiem.

Wyjątkowo nie chciało jej się jechać do sklepu. Iść do spożywczego w pobliżu? Bała się. Tam trzeba mówić do kobiety za ladą. Nie. Jest niewielki sklepik trochę dalej. Poszła. Serek topiony zamiast zwykłego, zupka w proszku, ciastka zamiast orzeszków. Z torebką pełną dóbr wróciła do domu.

Nie miała dziś siły. Wczorajszy dzień ją wyczerpał. Zaczęła od muzyki. Dziwne rzeczy przychodziły jej do głowy. Refren, refren, refren, cofnij, refren. Nie, może pasjans. W końcu, zniechęcona, zasiadła do komputera. Pustka w głowie. Wielkie nic. Nic nieznaczące słowa.

Odczuwała to. Brak umysłu. Słyszała delikatny szum próżni w czaszce. Okruszki wiedzy spadały w dół na lśniącą posadzkę gdzieś w okolicach zębów, tak jak okruszki orzeszków w cieście lądowały na podłodze.

Czekała na noc. Bała się. A noc zbliżała się nieuchronnie. Słońce na niebie, świecąc, zachodziło. Laptop otwarty, by dać cień światła, gdy zgaśnie jedyna żarówka. W domu cisza, tylko kroki sąsiadów, coś w ścianach. I jej kroki. Chciała zmierzyć się z ciemnością. Nie miała siły. Przykryła się kocem. Beżowa ściana, biały sufit. W głowie tysiąc myśli. Nagle. Wielki wir. Zrobiłaby wszystko, nie robiąc nic.

Późny wieczór, już dawno po zmroku. Wstała, by zjeść ser. Coś w internecie i ser, chwila spokoju. A potem można spróbować zasnąć.

Dzień siódmy

Było już późno. Wylegiwała się znowu zbyt długo. Dziękowała uczelni za ferie. Mimo egzaminu. Jutro, jutro, jutro.

Nie kupiła wczoraj mleka. Skończyło się. Czarnej kawy nie wypiłaby. Do sklepu poszła głodna. Głodna i zła. Tło przesuwało się wokół niej. Samochody z lekkim szumem mijały i ją, i przestrzeń. Na nie trzeba uważać. Zastanawiała się, jakie to uczucie zginąć pod kołami. Sklep. Znów jej ulubiony. Mleko, ser, orzeszki i kolejka do kasy. Za nią ludzie. Prawie jej dotykali. Stanęła bokiem, żeby mieć przestrzeń.

Musiała coś zrobić przed egzaminem. Przewertowała pamięć. Co wie, czego nie. W internecie wyszukiwała ważne hasła. Internet lepszy niż slajdy. Krótkie zdania rozumiała. Konkret.

Nie wiedziała, czego bała się bardziej – egzaminu czy nocy. Chyba nocy. Egzamin można poprawiać. Nie obchodziło jej, czy i na ile zda. Ale obchodziło, że musiała rozmawiać z jakąś obcą kobietą, uśmiechnąć się do niej i spokojnym głosem wyjaśniać fakty, których znaczenia nie znała.

Jedyna żarówka nadal świeciła. Ale laptop też, na wszelki wypadek. Noc.

Dzień ósmy

Wstała ledwo, ale dała radę. Wczesna godzina. Dla niej noc. Z szafy wyciągnęła białą bluzkę i czarną spódnicę. Rajstopy. Buty na obcasie. Nie, szpilek nie weźmie. Nie w zimie. Włożyła zwykłe buty. Nastawiła wodę na kawę. Kurtka, uczesać włosy, kitka, szalik. Kawa z mlekiem. Wyszła z domu.

Droga na uczelnię. Tramwaj, kilka przystanków. Nieruchomy pokój pełen ludzi w przesuwającym się świecie. Stała, trzymając się drążka. Na razie nie musiała się uśmiechać. Mogła, zamknięta w przestrzeni wypełnionej jej powietrzem, po prostu się bać. Egzamin. Dzień zero.

Trzy znajome. Mówią. Rozmawiają. Emilia z boku udawała istnienie. Nie wiedziała, o czym rozmawiały tamte, ważne, że nie zakłócały jej bezmyśli. Jej powietrza. Podeszła bliżej.

– Cześć.

– Cześć, jak tam? Umiesz? Z czego się uczyłaś?

Potok pytań, na który nie była przygotowana. Strach, niechęć. Uśmiech numer pięć.

– Coś tam umiem, ale nic nie wiadomo.

W końcu przyszła kobieta i kazała im wejść. Usiadła z brzegu. Pusty mózg. Przed oczami zamazane litery ze slajdów. Pytania. Odpowiedzi. Coś mówiła. Wiedziała, że kobieta jej nie polubiła. Przeszkadzała jej zbyt obcisła spódniczka, rozwiane przez wiatr, wyłażące z kitki włosy, brak makijażu, niedokończona nauka. Ale postawiła trzy. Małe, piękne trzy. Magda wyszła. Nie będzie musiała już nigdy więcej oglądać tej kobiety i tego miejsca. Nigdy.

Wróciła do domu i poszła spać. Dziwny sen. Wstała wieczorem, w czerni pokoju. Zapaliła żarówkę. Ferie, wolne. Nie musiała się już uczyć. Muzyka. Pewien rodzaj ulgi. Przetrwa tę noc.

Dzień siedemdziesiąty czwarty

Wstaje rano i przeciąga się. Rozczesuje umyte wieczorem włosy, nakłada makijaż. Wyprane spodnie, pasująca bluzka. Woda na kawę gotuje się, brązowy proszek w kubku, mleko w butelce, mała tabletka na stole. Wszystko razem.

Współlokatorka coś mówi, Emilia odpowiada. Idą na tramwaj. Uczelnia. Siadają obok siebie. Przychodzi ciemnowłosa kobieta, aby wygłosić trzygodzinny wykład. Emilia notuje. Mija godzina. Tabletki docierają do mózgu, powieki zaczynają opadać. Trzeba walczyć. Walka trwa godzinę, potem senność ustępuje. Seminarium trwa, Emilia notuje. Trzeba zapamiętać na zaliczenie.

Jest dobrze.