„Pani
doktór, przyjęcie, czyli typowy dyżur na Internie”
Cała
zabawa zaczyna się koło trzeciej, gdy lekarze chyłkiem zaczynają
opuszczać oddział. Nikt do końca nie zna swoich godzin pracy, bo
te przesuwają się o pół godziny w przód i w tył, ale wiadomo,
że jak o trzeciej coś się dzieje z pacjentem i szuka się lekarza
prowadzącego, to szefowa ostrym głosem mówi "lekarz dyżurna
Dopamina się tym zajmie". Nawet jeśli lekarz prowadzący jest
jeszcze na oddziale, tak nawiasem mówiąc.
Zaczyna
się niewinnie, coś podać pacjentowi, coś zlecić na ból, ocenić
glikemie całego oddziału, temperatury... w tym czasie oczywiście
musi się coś stać, np. pacjent Jawor zaczyna się dusić. Zlecasz
badania, leki, pacjentowi się poprawia, wracasz zadowolony do
zabiegowego, a tu już wściekłe pielęgniarki:
-
Dlaczego jeszcze cukry nie sprawdzone? Insuliny nie podane!
No
więc szybko sprawdzasz te glikemie, byle nie pominąć jakiejś
powyżej czterysta.
Potem
wracasz do dyżurki i zastajesz martwe komputery. Ktoś gorliwie
wyłączył wszystkie przed pójściem do domu. Włączasz jeden,
włączasz drukarkę, wkładasz do niej papier, wyjmujesz, wyciągasz
zaciętą kartkę, wkładasz papier. Komputer nadal się uruchamia.
Telefon dzwoni.
-
Tu SOR, wysyłamy pacjentkę.
-
Z czym?
-
Zapalenie płuc.
Ok,
pierwsze przyjęcie. Miejsc masz osiem, tyle będzie przyjęć. Są
jeszcze trzy planówki, ale te już obrobione. Planówki są fajne,
opisujesz, zlecasz badania, idą spać. Ty masz za to same ostre
przyjęcia, czasami nieciekawe.
Zanim
przyjeżdża pacjentka, pana Ruszczaka zaczyna boleć w klatce
piersiowej. Zlecasz troponiny, EKG, nad płucami nic nie słyszysz.
EKG ma kolejkę, będzie za dwie godzinki, laboratorium - koło
godziny. Uspokajasz pana Ruszczaka i idziesz przyjmować panią z
zapaleniem płuc.
SOR
zapomniał wspomnieć, że pani ma dziewięćdziesiąt osiem lat,
trzydzieści kilo wagi i nie ma z nią kontaktu. Cóż. Włączasz
antybiotyk, kroplówki i idziesz dalej.
Wracasz
do dyżurki i wyciągasz kanapkę. Pierwszy posiłek od rana. Dzwoni
telefon. Chciałbyś go zignorować, no ale wiesz, co to może być.
Odbierasz.
-
SOR. Przyjęcie.
Odkładasz
słuchawkę. Zanim pacjent przyjedzie, zdążysz zjeść kanapkę.
Telefon.
-
Pani doktór, pacjent z dwunastki zgłasza duszność.
No
dobra, kanapka później. Idziesz. Dusi się człowiek, trzeba
działać. Okazuje się, że pacjent odłączył sobie tlen. A tak
jakoś machał ręką. Podłączasz. Pacjent nazywa cię kurwą.
Wracasz do kanapki.
Po
drugim gryzie chleba telefon. Pielęgniarki. Pacjent z SOR.
Przyjęcie. Idziesz. Tym razem urosepsa, pacjent z niskim ciśnieniem,
na noradrenalinie. Dostał antybiotyk dożylnie, ale nadal marnie
wygląda. Trzeba by go zamonitorować.
-
Nie ma monitora - tak informuje pielęgniarka. - Nowak z dwójki ma
nasz monitor, bo po zawale jest.
Podłączasz
nowemu pacjentowi pulsoksymetr: jak pacjentowi zatrzyma się serce,
to urządzenie zacznie wyć, może zdążysz na reanimację. Czy to
normalne, że na pięćdziesiąt łóżek jest jeden monitor? Nie
wnikasz.
Wracasz
do dyżurki, na biurku leży kanapka. Wgryzasz się w nią. Cisza.
Cóż za ulga. Trzeci kęs. Telefon. Pielęgniarkom brakuje morfiny.
Trzeba przynieść z sejfu, wypełnić papiery, co ile komu po co.
Pielęgniarki nie znają nazwisk pacjentów biorących morfinę: ten
spod szesnastki. Ok na szesnastce leży Grabowski i Olszewski,
Olszewski jest ok, pewnie ten drugi bierze. Wpisujesz.
Piszesz
SMSa do mamy. Ratuj, źle mi tu. Mama odpisuje, pociesza. Ale nie
wie, jak to jest być odpowiedzialnym za pięćdziesiąt żyć. Plus
swoje własne. Zastanawiasz się, jak to by było, gdybyś teraz
umarł. Ciekawe.
Gryz
kanapki. Przyjemna twardość rozchodzi się w przełyku.
Telefon.
Pielęgniarki tłumaczą, że pana Ogińskiego boli w klatce, ale
jednak to chyba brzuch, więc dały Nospę i jest lepiej.
Jednocześnie rozlega się pukanie do drzwi dyżurki. Rozważasz, czy
Nospa na zawał pomoże, czy nie, a pukanie staje się łomotaniem.
Rozłączasz rozmowę licząc na to, że rzeczywiście pacjenta bolał
brzuch, idziesz otworzyć drzwi.
-
Jest tu jakiś lekarz? - krzyczy kobieta.
-
Ja jestem jedynym lekarzem.
Patrzy
ja ciebie zniesmaczona. Przypominasz sobie, że wyglądasz na
dwadzieścia lat. W końcu przełamuje się i pyta o babcię.
-
Jak się babcia nazywa?
Kobieta
jest przerażona. Jakiś niekompetentny lekarz nie wie, jak nazywa
się jej babcia.
-
Romanowicz.
Patrzysz
na kartkę z listą pacjentów, kobieta prawie mdleje. Wyjaśniasz,
że babcia miała dializę i czuje się słabo. Pańcia odchodzi.
Czujesz się niekompetentnym chamem.
Telefon.
-
SOR, pani z bólem brzucha.
-
SOR, pan z odmą i zapaleniem płuc.
-
SOR...
Dochodzi
północ. Zostało ci jedno miejsce. Może szybko kogoś przyślą i
uda ci się kimnąć? Zobaczymy. Sięgasz po ostatniego gryza
kanapki. Masz jeszcze w zanadrzu zupę i batona, ale zupy już po
nocy nie będziesz odgrzewał. Gryziesz batona. Będzie zgaga,
trudno.
Przez
chwilę jest cicho i czujesz, jak przez skórę ulatują z ciebie
emocje. Pięćdziesiąt żyć. I ty. Chcesz stąd wyjść. Chcesz
położyć się do łóżka i zasnąć. Nie jest ci to dane.
Telefon.
SOR. Pani z zakażeniem dróg moczowych. Ech. Jeśli na oddział dają
kogoś z zapaleniem pęcherza, to znaczy, że to ktoś w bardzo
ciężkim stanie. Gryz batona. Wjeżdża pacjentka bez kontaktu,
wyniszczona, z domu opieki. Gorączkuje. Antybiotyk, kroplówki,
żywienie. Nic więcej nie da się zrobić. Po chwili pani umiera.
Stwierdzasz zgon. Żal ci. Może to była całkiem miła pani? Nikt
nie pozna już jej historii. Telefon do rodziny. Jak ktoś dzwoni o
pierwszej w nocy, to wiedzą, czego się spodziewać. Papiery,
papiery, papiery.
Telefon.
SOR.
-
Był zgon? To macie wolne miejsce? Zaraz kogoś prześlemy.
Zanim
SOR zastanowi się, kogo ci przysłać, zdążysz się zdrzemnąć.
Ostatni raz przeglądasz zlecenia i dopisujesz morfinę do raportu.
Kładziesz się na starej kanapie, śmierdzącej pokoleniami
dyżurujących tu lekarzy. Telefon.
Pan
z czwórki chce lek nasenny. Idziesz do zabiegowego, gdzie leży jego
karta i wpisujesz tabletkę. Pielęgniarka niesie ją pacjentowi,
przy okazji budząc jego sąsiada. Sąsiad chce tabletkę nasenną.
Dobrze, że jeszcze nie wyszedłeś z zabiegowego.
Wracasz
do dyżurki. Telefon. SOR chce przysłać młodego chłopaka z
zapaleniem płuc. Ok, niech jadą. Nie zdążysz się położyć,
więc tylko zamykasz oczy przy biurku. Słyszysz huk. Wychodzisz z
dyżurki.
Pani
Iwonka właśnie zmywała podłogę i pacjent z czternastki się
poślizgnął i przewrócił. Chciałbyś spytać, dlaczego o drugiej
w nocy zmywają podłogi, ale domyślasz się, że skoro ekipę
sprzątającą zatrudniają na godziny, to pani Iwonka jest tu tylko
w nocy.
Okazuje
się, że pacjent uderzył się w głowę i nie pamięta zdarzenia.
Dzwonisz do radiologów i prosisz o pilną tomografię. Radiolog
nazywa cię idiotą, ale zapisuje pacjenta. Pielęgniarka nie chce
jechać sama, ma być lekarz. Zastanawiasz się, czy iść, czy
pilnować oddziału, ale z opresji ratuje cię krzyk pani
Modrzejewskiej z ósemki. Pielęgniarka jedzie sama na badanie, a ty
idziesz spacyfikować panią Modrzejewską, która właśnie wychodzi
przez okno. Dwa dni temu trafiła na oddział, do tego czasu
siedziała w domu i spożywała alkohol. Pielęgniarka Zosia ma już
naszykowane ampułki z diazepamem i haloperidolem. Wystarczy wpisać
w kartę. Pasów na oddziale nie ma, bo w szpitalu nie ma psychiatry.
Gdy
wpisujesz zlecenia, pielęgniarka Zosia przynosi z socjalnego
czekoladki od pacjenta i daje ci jedną. Kawowa. Dobrze, będzie na
tę noc.
Po
cichu zaglądasz do sal i sprawdzasz, czy wszyscy żyją. Chyba tak.
Wraca pacjent z tomografii. Dzwonisz do radiologa i pytasz i
ewentualny uraz. Radiolog zaprzecza i nazywa cię idiotą. Zauważasz,
że został ci ostatni gryz kanapki.
Podejmujesz
drugą próbę położenia się. Koc śmierdzi. Nie możesz zasnąć,
bo w głowie gra ci piosenka, której słuchałaś, jadąc do pracy.
Tak, dzwoni telefon.
Zgon.
Pacjent Mazurek, lat dziewięćdziesiąt osiem, obciążenia:
wszystko. Idziesz potwierdzić, że pacjent nie żyje, dzwonisz do
domu opieki, w którym mieszkał chory. Papiery. Nie wiesz, co wpisać
w przyczynę zgonu, bo pacjent chorował na wiele chorób. Sprawdzasz
w systemie, za co najwięcej pieniędzy zapłaci NFZ.
Za
oknem robi się jasno, ale do rana jeszcze daleko. Zanim wzejdzie
słońce, czeka cię jeszcze jedna duszność, dwa zaparcia od
tygodnia, jedna biegunka dla odmiany oraz ściąganie z okna pani
Modrzejewskiej.
Wracasz
do dyżurki o siódmej i zastanawiasz się, czy iść spać na
godzinę, czy pisać raport. Wybierasz raport. Na szczęście system
w miarę składnie go tworzy, więc zostają ci małe poprawki.
Słyszysz jedynie ciszę, więc kładziesz się na kanapie. Nie
wiesz, czy śpisz, czy nie. Przed oczami przelatują ci dziwne
obrazki, jednocześnie nasłuchujesz telefonu. Ten nie dzwoni.
Dochodzi
ósma, przychodzi Asia, potem Marek. Pytają o swoich pacjentów. Ze
zmęczenia nie pamiętasz, jakie sale prowadzą.
O
ósmej wchodzi ordynator i zarządza odprawę. Chcesz iść do domu,
ale nikomu się nie chce czytać raportu, więc ty musisz. Gdy jest
już po wszystkim, dzwoni SOR. Przyślą pacjenta na miejsce po
zgonie. Dyskretnie wymykasz się do szatni.