Mimo wyjścia ze znajomymi z Internetu, o którym pisałam w poprzednim poście, mój humor nie poprawił się, a nawet jeszcze bardziej pogorszył. Słowem, było źle. Nie tak źle, jak już zdarzało się być, ale jednak źle. Znów przypomniałam sobie, co to znaczy mieć pustkę w głowie, zero myśli, trząść się, leżąc w łóżku i myśleć tylko o tym, by to się wszystko skończyło.
Jedyny plus ostatnich dni to to, że miałam umówioną wizytę u psychiatry. Dostałam swoje cukierki, a gdy przyznałam się mu (zresztą po raz pierwszy) do myśli samobójczych, to obiecał, że mogę zadzwonić, kiedy będzie gorzej. Na razie nie było, byle tak dalej.
Mimo jakiejś tam poprawy, nadal moje emocje ograniczają się do bladej sinusoidy smutku i ulgi. W pracy też średnio, szefowa ciągle ma zastrzeżenia i to - niestety - słuszne. Już na studiach było lepiej, dawałam sobie radę, mogłam siedzieć i patrzeć w ścianę, nikogo to nie obchodziło. Nie odzywałam się? To co, przecież i tak zawsze byłam raczej małomówna. Na stażu też jakoś uszło, gdy mi się pogorszyło, siedziałam i bezmyślnie pisałam wypisy, do dzisiaj to pamiętam. Raz tylko było ciekawie, jak przymulona świeżo dostanymi lekami miałam asystować do operacji. Dziwne przeżycie.
Teraz jest źle: trzeba się angażować, myśleć, być ostrożnym, ale i odważnym, trzeba rozmawiać, słuchać, mówić. Ja potrafię to coraz mniej, nie wiem, jak, nie pamiętam, nie rozumiem. To rodzi konflikty, i tak czuję, że coraz mniej mnie tam lubią, poza jedną koleżanką, którą znam jeszcze ze studiów.
Pozostał mi świat książek, blog i kilka stron internetowych, gdzie mogę się udzielać bez żadnej odpowiedzialności.
Boję się.