Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2020

I wtedy przyszedł maj...!

Mija sześć lat od kiedy skończyłam studia i uzyskałam dyplom lekarza. Sześć długich i krótkich lat. Tyle, ile trwały same studia. 
Przez te sześć lat osiągnęłam niebo i piekło, kilka razy dostałam od życia w łeb kijem (bez marchewki), kilka razy trafiła we mnie boska cząstka. A kilka razy byłam lekarzem.
Skończyłam staż podyplomowy w terminie, mimo groźby zawalenia z powodu frekwencji. Zaczęłam specjalizację, którą zawiesiłam, a po miesiącu bezrobocia - rzuciłam. Teraz jestem w punkcie życia, gdzie być może zaczyna się stabilizacja. Gdzie nie czeka się na przydział, tylko składa CV.
Mam przyjaciół.
Nie wierzę w zapeszanie, więc napiszę: od pięciu miesięcy czuję się po prostu dobrze.

wtorek, 1 października 2019

Recepta

Leczę się, odpoczęłam od pracy. Jest już lepiej, dużo lepiej. Na tyle, że nie będę Wam przez chwilę smęcić o smutach, tylko opowiem historyjkę z zupełnie innej beczki. Mianowicie: kupowanie leków w aptece. 
Wypisałam sobie receptę na dwa leki psychotropowe, które zalecił mi psychiatra, a ja mam je sobie przedłużać do kolejnej wizyty. Zrealizować ją miał mój tata, ponieważ to on właśnie jechał dziś do apteki. Zabrał papierek i pojechał na zakupy. 
Niedługo potem telefon: tata. Odbieram, a na linii farmaceutka, która dzwoni do mnie jako do lekarza, czy ja jako pacjentka mogę przyjąć zamiennik, bo oni na stanie nie mają wypisanego przeze mnie produktu. ;) Ponoć przyszedł nawet kierownik apteki i zainteresował się sytuacją. Spodobało mi się to, że ktoś o mnie dba. ;)
Poza tym zastanawiam się nad sensem mojej dalszej pracy w miejscu, gdzie teraz pracuję. Chciałabym zacząć specjalizację, ruszyć do przodu, może powoli wrócić na dyżury. Najpierw tylko takie do wieczora, jakie udało mi się zaliczyć w ostatnim półroczu (na razie około jeden miesięcznie). 
Chciałabym też w końcu zarabiać porządne pieniądze, zmienić mieszkanie na ładniejsze, a może kiedyś, po terapii, zacząć szukać sobie faceta. A może na początek więcej przyjaciół niż jedną I. ze studiów.
Na razie jednak są to tylko mgliste plany. :)

sobota, 14 września 2019

Gdy się jest bardzo szczęśliwym...

Gdy się jest bardzo szczęśliwym, spada się z bardzo wysokiego konia. Nagle okazuje się, że ma się nową pracę, dyżury, obowiązki i wydatki, a nie jest się na to zupełnie przygotowanym. Że to, co robiło się przez ostatnie miesiące, nie ma swojej dalszej ścieżki w obecnym życiu. 
Byłam na konsultacji w szpitalu, dostałam leczenie, na razie czekam. Czekam, aż znowu będę tu pisać o swoich sukcesach. Będzie tak? Teraz trudno jest mibto sobie wyobrazić, ale... przecież jestem lekarzem. Zdałam studia, staż, pół specjalizacji, wiele kursów, konferencji, wszystko na dobre stopnie. Wiem, jak przebiegają choroby i ich leczenie.
Może niedługo napiszę więcej.

sobota, 13 lipca 2019

W domu, a jednak jakby poza

Od wczoraj siedzę u rodziców. Czuję się dużo gorzej, więc postanowiłam odpocząć i pojechać. Czekam na pierwszą kłótnię z mamą, co tylko pogorszy mój stan, ale na razie jest miło i przyjemnie. Jest nas w jednym domu siedem osób i trochę mi tu ciasno. Na szczęście mam swój pokój, swoje własne, ciche miejsce.
Byłam u psychiatry i dostałam nowy neuroleptyk. Zobaczymy. Na razie jeszcze jest słabo. Nawet na terapię chodzę regularnie, chociaż na razie rozgrzebujemy tylko bolesne sprawy. Mam wrażenie, że po ostatnich moich problemach, tych w rodzinie, tych w życiu i tych, które mnie bezpośrednio nie dotyczą, raczej mojej rodziny, ale przyprawiają mi bólu głowy, zaczęłam bardziej o siebie dbać. Na pewno pójście na terapię i zapisanie się do psychiatry (po pięciu miesiącach!) było dobrym posunięciem.
W pracy nie jest źle, pacjentów lubię, szefowa jest wyrozumiała. Jedynie kilka osób mnie denerwuje, bo zwierzają mi się non stop ze swoich problemów i opowiadają o swoich rodzinach, a ja oczywiście słucham z uśmiechem, bo inaczej nie umiem. A mam swoje życiem, swoje problemy i cudze mnie gówno obchodzi. No ale ja jestem dobrą ciocią i słucham. 
Ale żeby nie jojczeć tylko, to napiszę, że planuję urlop na wyjeździe. Odpoczynek! Tak bardzo potrzebuję odpoczynku... Pracę lubię, jednak za dużo, za dużo. Może to z przepracowania czuję się coraz gorzej? Pewnie złożyło się na to wiele czynników. 
Na razie wszyscy z rodziny siedzą w ogrodzie, a ja w domu z laptopem. Dzięki temu mam upragniony spokój. Gdy jestem w cudzym domu i muszę spędzać czas z innymi, nie mogę po prostu wyjść, moją chwilą wytchnienia jest zamknięcie się w łazience. Co za ulga! Tutaj, w domu, nie muszę chodzić ciągle siku. Mam własny pokój. A teraz, gdy inni śmieją się na zewnątrz, mam też przestrzeń na dole, w salonie. Słyszę tylko ich śmiech i radosne dialogi, których słów nie rozumiem. Oni mówią w innym języku niż ja. Niż moja głowa. Czasem ja też nie rozumiem języka, jakim mówi moja głowa. 
Czy znów pokłócę się z mamą? Czy jednak do końca będziemy rozmawiać jak dawniej? Udawać, że nic się nie stało, że nazwanie mnie porażką nie miało miejsca? Na razie tak właśnie robimy. Chcemy zachować ten kruchy stan miłości. W końcu rodzice i brat to jedyni ludzie na tym świecie, których kiedykolwiek kochałam.

czwartek, 6 czerwca 2019

Dyżurowe paranoje

Nie dyżuruję od ponad roku. Zmieniłam placówkę, w której pracuję. Miałam przerwę w specjalizacji. Teraz jest dużo lepiej niż było. 
Nadal jednak nie umiem się w pełni zrelaksować. Jeszcze przez kilka miesięcy po zmianie pracy śniły mi się dyżury, śnił mi się SOR, przyjęcia na oddziale. Miałam koszmary o dzwoniących telefonach, o pielęgniarkach zgłaszających zgony i powikłania. Do dziś jak próbuję cieszyć się nocą we własnym łóżku, nachodzą mnie myśli, że to może być sen, że zaraz obudzę się po krótkiej drzemce na dyżurze, przerażona i zmęczona, a na zegarze nie będzie jeszcze nawet trzeciej w nocy. Albo obudzi mnie telefon: ktoś się pogarsza, kogoś boli, ktoś umiera. Minął już rok, a takie myśli nadal mnie prześladują. 
Nadal nie zdobyłam się na to, żeby iść odwiedzić ludzi z oddziału. Mam kupione upominki, ale od roku nie dotarłam do tego miejsca. Miejsca, w którym myśli pędziły jak szalone albo zatrzymywały się w grząskiej mazi, w którym krzykliwa muzyka w uszach uniemożliwiała sen, w którym dzwonił przeklęty telefon. 
Do dziś ogarnia mnie lęk, gdy wibruje moja komórka. Kiedyś oznaczało to "prośbę" szefowej o wzięcie kolejnego dyżuru albo opierdziel za coś, czego nie dopilnowałam w pracy. Zimny głos i jeszcze zimniejszy pot na moim ciele. 
Ciężko mi się o tym pisze, bo rany jeszcze nie są zagojone. Być może jeszcze długo nie będą. Przerwa w specjalizacji pozwoliła mi się wyciszyć, ale nie zapomnieć. Na co dzień jestem szczęśliwa, ale w ciemności wracają demony. 
Jakiś czas temu zaczęłam terapię i tym razem zamierzam ją ukończyć. Mam czas, wyznaczony termin, mam fundusze, mam motywację. I zamierzam raz na zawsze uwolnić się od mojej poprzedniej pracy.

niedziela, 3 lutego 2019

"Czy warto było spalać się", czyli przemyślenia

Tak się zastanawiam. Czy wybrałabym medycynę po raz drugi? Czy gdyby cofnąć czas albo, co bardziej prawdopodobne, dać mi pieniądze na nowy start, kontynuowałabym to, co robię? 
Myślę, że odpowiem tak, jak odpowiedziała większość lekarzy na Konsylium24, lekarskim forum. Nie. Ale... dlaczego? Nie, nie chodzi mi o zarobki, na nie nie narzekam. Mam duże dopłaty, dodatki. Stać mnie na utrzymanie siebie i dopłacanie rodzinie. Nie chodzi mi o atmosferę pracy, chociaż wiem z doświadczenia, że ta bywa obrzydliwa i deprymująca. Teraz nie narzekam. Nie chodzi mi o przepracowanie, bo bez dobowych dyżurów nie narzekam też na czas pracy. Śpię w nocy, pracuję w dzień, kończę po południu i mam czas dla siebie. Więc...?
Więc odpowiedzialność. Teraz daję radę, ale już czuję jej oddech na plecach. Wszystko, co zrobię, odbije się na cczyimś zdrowiu czy życiu. To, co zrobię i czego nie zrobię. To, co zrobi pacjent z moim leczeniem i czego nie zrobi z własnej woli, ale za moim przyzwoleniem. Już teraz chodzę do pracy z drżeniem serca, że coś źle zrobię i komuś stanie się przez to krzywda. To bardzo, bardzo wypalające.
Pielęgnuję swoje pasje, cały czas uczę się pracować z człowiekiem, doskonalę swoje kompetencje miękkie, żeby kiedyś, w razie czego, móc się szybko przebranżowić. Medycyna jest piękna, ale jak jest się młodym, pełnym życia, wiary i ideałów. Potem staje się męczącym rzemiosłem. Tego chcę uniknąć. 
Teraz i tak jestem w komfortowej sytuacji: pracuję od do, nie mam nocek, właściwie to robię jak w korpo i nieźle na tym zarabiam. Ale jednak cały czas ta odpowiedzialność, ten niepokój. Łatwiej by mi było pracować w mniej płatnym, ale i mniej wymagającym zawodzie. Nie wymagającym mniej pracy, bo pracować mogę. Wymagającym mniej odpowiedzialności. Może praca w zespole? To mi dobrze wychodziło w szkole. Ale praca to nie szkoła. 
Zastanawiam się, co po specjalizacji. Dalej bawić się w lekarza? Czy jednak odpuścić udawanie, że ma się wpływ na życie i śmierć i iść do jakiegoś znośnego korpo? Takiego z przerwą na lunch i dedlajnami? Z kartą multisport i tysiącem nowych znajomych, do których będę się uśmiechać?

środa, 19 grudnia 2018

Jak rok temu ryczałam przez całą noc.

Nie, to nie był PMS, to nie była depresja ani nawet nie rzucił mnie chłopak. Ale od początku.
Jak pracowałam w Dużym Szpitalu, to dyżurowałam. Dyżurowałam we dnie i w nocy, w tygodniu i w weekendy, w dni powszednie i w święta. Dyżurowałam także w czasie Wielkanocy, Bożego Narodzenia i Sylwestra. Nie mówiąc już o własnych urodzinach. 
Dyżurował tak każdy rezydent, pod groźbami nieukończenia specjalizacji, wyrzucenia z pracy i takich tam. Część się na to godziła, część odchodziła z pracy. Nie pytajcie, ale pewnie dałoby się to jakoś załatwić prawnie, ale nikt nie miał na to siły. Lepiej było odejść. Tak jak i ja. Byliśmy tchórzami, ale w tym momencie gówno mnie obchodzi, co się tam teraz dzieje (odeszli prawie wszyscy rezydenci, poza kilkoma z syndromem sztokholmskim, o których pisałam w innej notce, im tam dobrze). 
No ale do rzeczy. 
Dwa lata z rzędu miałam dyżur w Boże Narodzenie. Rok temu 25 grudnia. Nie było mowy o wyjeździe na święta do rodziny, więc rodzina przyjechała do mnie. Szykowałam się na to tygodniami, sprzątałam, wymyślałam potrawy, kupowałam prezenty. Przyjechali w Wigilię po południu. Pobyli kilka naprawdę cudownych godzin. Zjedliśmy wigilijne potrawy, wręczyliśmy sobie podarki. I... rozstaliśmy się. 
W Sylwestra miałam mieć dyżur, więc ta okazja do spotkania odpadła. Zostałam sama w pięknie wysprzątanym, pachnącym, PUSTYM mieszkaniu. Rano dyżur.
Wtedy miałam takiego doła, jaki już mi się przez ten rok nigdy więcej nie zdarzył, a miewałam wiele gorszych dni. Płakałam w poduszkę pół nocy, nie bacząc na to, że rano wstanę niewyspana. Było mi zwyczajnie, po prostu źle.
W tym roku jadę do rodziny i spędzimy razem całe piękne święta. Taką mam przynajmniej nadzieję. :)

piątek, 13 kwietnia 2018

O niczym

Dziś będzie post o wszystkim i o niczym.

O tym, że mi gorzej ostatnio, łykam leki tak, jak mi przykazał lekarz, wszystko robię, co trzeba, a tu czasem jak trzaśnie złem, to aż mnie skręca. Może to dlatego, że na terapię nie chodzę? Niesubordynowana pacjentka! Nie wiem już, co robić: czasem jest normalnie, mam wolę walki, a czasem... no porażka. 
O tym, że chyba zmiany się szykują w moim życiu. Może zmiana pracy, może tylko obowiązków? Zobaczymy. W każdym razie trochę przesadziłam ostatnio z pracą i mi się styki przegrzały. Muszę coś zmienić, bo zginę śmiercią tragiczną.
Bo o tym, że mi w pracy coraz gorzej, nie muszę chyba pisać. Dyżuruję ponad siły, a koledzy, co dyżurują jeszcze więcej, czepiają się, że mam za dobrze. Atmosfera jest taka sobie, nie mówiąc już o zawiści i obgadywaniu. Nawet nie chcę wiedzieć, co o mnie plotkują za plecami. W twarz i tak usłyszałam w tej pracy zbyt wiele gorzkich słów.
O tym, że koleżanka ze studiów napisała i chce pojechać ze mną na małe wakacje. Wstępnie zaplanowałyśmy weekend w czerwcu. Mam nadzieję na mały wypoczynek. Chociaż do czerwca jeszcze kawał czasu, nie wiem, jak się życie potoczy.
O tym, że pogoda wreszcie dzisiaj jest piękna i zrobiłam sobie tour po Starym Mieście. W krótkim rękawie. Miałam dziś wolne, bo trzeba było pozałatwiać kilka spraw, a że uwinęłam się szybko, to oprócz urzędów zaliczyłam też spacer i przejażdżkę autobusem numer sto po Śródmieściu.
W każdym razie wraz z kwitnącymi drzewami zakwitam i ja - muszę w końcu o siebie zawalczyć. Kiedyś, jakieś sto lat temu, gdy zakwitły kasztany, ja poszłam pisać maturę, jak to śpiewano w przeboju. Teraz matura za mną, studia za mną, egzaminy za mną, a przede mną? Samobójstwo z przepracowania czy zmiana całego dotychczasowego postrzegania świata?
Mam tylko nadzieję, że w całym tym nieprzyjaznym otoczeniu Wy, Czytelnicy, trzymacie za mnie kciuki... :)

piątek, 2 marca 2018

Dwadzieścia osiem godzin (SOR)

Godzina zero: siódma rano, wstaję z łóżka, jestem przymulona, a budzik bezlitosny.
Godzina pierwsza: docieram do pracy, przebieram się. Zaczynam funkcjonować.
Godzina druga: pierwsi pacjenci przychodzą, już jedną chorą mam zbadaną. SOR rozkręca pracę.
Godzina trzecia: poczekalni powoli się wypełnia, na razie leniwie.
Godzina czwarta: ktoś przychodzi, ktoś czeka. Kończę swoją "działkę", zaczyna badać koleżanka.
Godzina piąta: bada koleżanka, ja sprawdzam wyniki swoich pacjentów.
Godzina szósta: znowu ja badam. Wypisałam pierwszych chorych. Kogoś z przeziębieniem, kogoś z bólem brzucha bez zmian w badaniach. Reszta czeka.
Godzina siódma: kończę swoją działkę. Jeszcze jeden pacjent, który czeka w poczekalni. Reszta koleżanki.
Godzina ósma: znowu kilka osób wypisałam, pacjenci się cieszą. Dwie osoby przyjęłam na oddział.
Godzina dziewiąta: mam ciężkiego pacjenta, trzeba go szybko przyjąć do szpitala.
Godzina dziesiąta: badam nowych chorych, znowu kilka osób przyjęłam do szpitala, na szczęście nie wszystkich na Oddział Interny. Dwie osoby poszły na Oddział Kardiologii.
Godzina dziesiąta: złażą się. Nagle zakwalifikowali do nas kilka osób naraz. Badamy.
Godzina jedenasta: pierwszy dzisiaj pijany pacjent. Badamy, czując woń alkoholu.
Godzina dwunasta: minęło pół doby od wstania z łóżka. Badam dalej. Pacjenci nadal przychodzą licznie na SOR.
Godzina trzynasta: minęła połowa dyżuru. Kilka osób zalega nam w poczekalni, ktoś siedzi w gabinecie. Reszta czeka na wyniki badań.
Godzina czternasta: coraz mniej osób przychodzi na SOR. Badamy.
Godzina piętnasta: wypisujemy, kogo się da, jednak wiele osób nadal czeka na wyniki badań.
Godzina szesnasta: większość wypisana, kilka nowych osób dopiero kierujemy na badania. Będzie impreza w nocy.
Godzina siedemnasta: Północ. Jedna z nas idzie odpocząć, druga przyjmuje. Ja mam iść odpocząć, jednak mam trzy osoby do wypisania. Piszę wypisy.
Godzina osiemnasta: skończyłam wypisywać tych, co nie kwalifikują się do przyjęcia do szpitala. Jeszcze jedna osoba czeka na wyniki.
Godzina dziewiętnasta: wszyscy wypisani, kilka osób czeka na przyjęcia na oddział. Idę się zdrzemnąć.
Godzina dwudziesta: trochę przysnęłam, dzwoni budzik.
Godzina dwudziesta pierwsza: moja działka, przychodzi pacjent, przyjmuję.
Godzina dwudziesta druga: pojedynczy pacjenci się schodzą, badam, zlecam badania.
Godzina dwudziesta trzecia: w sumie mam na stanie tylko pięciu chorych. Dwoje czeka na przyjęcie na oddział, troje na wyniki.
Godzina dwudziesta czwarta: doba od wstania z łóżka. Ktoś przychodzi, badam.
Godzina dwudziesta piąta: koniec dyżuru! Zdaję pacjentów następnym dyżurnym.
Godzina dwudziesta szósta: chorzy przekazani następnym, pogadałam chwilę z lekarką z oddziału. Wychodzę do domu.
Godzina dwudziesta siódma: jestem w domu, zdejmuję ubrania, idę pod prysznic, wchodzę do łóżka. Jestem zbyt zmęczona, by zasnąć, mam mdłości.
Godzina dwudziesta ósma: zasypiam.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Szczęście. Ulga. 24 godziny.

Dwadzieścia cztery godziny uśmiechu, elegancji, profesjonalizmu i bieli. Dwadzieścia cztery godziny w sztywnych ramach i sztywnych ubraniach. Dwadzieścia cztery godziny pracy.

To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach wchodzisz do własnego mieszkania.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach rozpinasz guzik od ciasnych spodni.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach zdejmujesz skarpetki.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach zdejmujesz stanik.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach wchodzisz pod gorący prysznic.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach otwierasz piwo.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach odgrzewasz sobie posiłek.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach bezkarnie zanurzasz się w internecie.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach kładziesz twarz na poduszce.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach przykrywasz się miękką kołdrą.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach nie masz przy głowie słuchawki telefonu.

Tego nie da się opisać.

niedziela, 8 października 2017

Człowieczeństwo.

Standardowy dzień, może to środa, może sobota. Powoli dogorywa lato. Na SOR kwitnie życie, ludzie przychodzą, wychodzą, biegają i czekają. Chorzy, ratownicy, pielęgniarki, lekarze. Wszystko toczy się zwykłym, szybkim trybem: pacjent wchodzi, dokumentacja, opaska na rękę, do lekarza. Potem badanie, założenie wkłucia, pobranie krwi, rentgen. Diagnoza i na oddział albo do domu. Jak to na SOR.
Jesteś tu pacjentem, czekasz na swoją kolej, gdy ktoś wyjdzie i wypowie twoje nazwisko. A może jesteś chirurgiem, który jak na taśmie opatruje rany głowy, rąk, nóg. Albo ratownikiem, który przywozi pacjenta do gabinetu zabiegowego, pobiera krew, skanuje kod i wysyła probówki z czyjąś krwią do laboratorium. A czy nie jesteś sanitariuszem, który z tymi probówkami biega, gdy już przywiezie pacjenta z tomografii?
Kimkolwiek jesteś, nie wiesz, że internista właśnie ma zjazd. Siedzi w gabinecie, przed nim pacjent na kozetce opowiada ostatni dzień swojego życia, komputer nieśmiało świeci, zza drzwi dociera lekki szum, a jego myśli grzęzną powoli w niebycie. Mózg zwalnia, impulsy między neuronami początkowo jeszcze walczą, potem zatrzymują się na dobre. Internista spogląda na pacjenta, słucha go, ale nie słyszy, patrzy, ale nie widzi. Ręce piszą coś na klawiaturze, potem się zatrzymują. W głowie jest biało. Nic. Słowa pacjenta przebijają się przez metr betonu. 
Przebijają się, przebijają i w końcu docierają do internisty, jakiś samotny neuron poraża prądem kolegę obok. Ręka drży i zapisuje na czarnych klawiszach. Potem znowu pustka. Oczy gasną. Ale pacjent tego nie widzi, on tu przyszedł z problemem, z chorobą. 
Lekarz wysłuchuje chorego, zapisuje znaną sobie formułkę, choroby przewlekłe. "Cukrzycę neguje, nadciśnienie tętnicze neguje." Zleca panel badań laboratoryjnych, wszystko, co może, żeby nic nie pominąć. Rentgen. Brzuch boli? Biegunki, wymioty? Dajmy USG brzucha. Pacjent wychodzi, idzie czekać dalej, lekarz z mozołem przedziera się przez basem smoły własnych myśli. W głowie dalej biało.
Jedna, druga kawa, przerwa. Po południu zaskakuje. Impulsy między neuronami zaczynają się rozkręcać, gęsta melasa między nimi rozluźnia się, biel przechodzi w szarość, w płynący powoli kalejdoskop barw. Mur z betonu rozpada się, zwęża, słowa docierają do internisty, który zapisuje je, przyswaja, przerabia i wypluwa jako kolejne zlecenia. 
Machina SOR ze zwyczajnym turkotem toczy się dalej, jak na filmie, nie niemym, lecz szumiącym. Ludzie wchodzą, wychodzą, siedzą, stoją, idą. Bo tu wszyscy są ludźmi, chociaż niektórzy chorymi, a niektórzy personelem. Magiczny podział a człowieczeństwo.

wtorek, 5 lipca 2016

Gdzie mnie zechcą?

Dziś jak zwykle raczej mało żwawym krokiem podreptałam do pracy, odsiedziałam swoje na odprawie, nasłuchując tylko, czy moi pacjenci nie gorączkowali i w ogóle czy się z nimi nic nie działo, potem usiadłam w dyżurce, przeglądałam papiery... nudy, nie? I nagle wpadła do nas ordynator, zachwycona, i mówi, że mamy wszyscy młodsi rezydenci iść na sekcję zwłok.
Sekcji widziałam w swoim życiu parę, a to na patomorfologii, a to na medycynie sądowej, ale na specjalizacji, w naszym małym szpitalu jeszcze nie. Poupychaliśmy więc do kieszeni pieczątki i stetoskopy i przeszliśmy brzydkimi, obdrapanymi, wąskimi korytarzami - w sam raz na tło wydarzenia, które miało mieć miejsce - do Zakładu Patomorfologii. 
Tam czekały na nas dwa rozbebeszone ciała, obaj denaci byli starszymi mężczyznami, obaj bladosini, oskalpowani, martwi. Stanęliśmy przy drugim z mężczyzn, którego akurat miał na warsztacie patolog, i obserwowaliśmy, jak ten wyciąga narządy, które technik obmywał wodą, ogląda je, kroi na kawałeczki i omawia. Stałam najbliżej, ze względu na słaby wzrok, ale też i ciekawość, której nigdy mi nie brakowało. Widziałam każdą gąbczastą tkankę ciachaną w paski stalowym nożem.
Oprócz wrażeń, jakie towarzyszą sekcji zwłok (a towarzyszą, czy się tego chce, czy nie, czy się jest studentem, czy lekarzem), wyniosłam stamtąd jeszcze jedną ciekawą informację: pan patolog też był kiedyś na internie, ale zrezygnował i został patologiem. Może więc... może więc skoro ja nie nadaję się na internistę, powinnam po prostu dać sobie spokój, wynieść się stamtąd z bagażami i pójść na coś zgoła innego? Ciekawe, co by powiedziała szefowa. Pewnie by mnie poparła, z ulgą, że wreszcie na zawsze opuszczam jej oddział.
W ogóle to już ostatnio było lepiej, już byłam całkiem na zerze, a nawet na plusie, maleńkim, cudownym plusiku, a dzisiaj znowu spadłam w dół... Ale dzisiaj miałam powód. Po prostu nie po drodze mi z tą interną. Zawsze coś zrobię źle. Gdy wczoraj cieszyłam się - o tak, byłam całkiem zadowolona! - że nazlecałam pacjentom potrzebnych badań, pozałatwiałam wszystkie papiery, szefowa dziś uświadomiła mnie brutalnie, że a tu nie zleciłam jeszcze rentgena, a powinnam, a tu nie spytałam o to, o tamto. I najgorsze jest to, że ona ma rację. Że ja naprawdę jeszcze nie ogarniam tego, co dzieje się na tym oddziale. 
Cóż, a może zmienić drużynę? Iść na coś, gdzie przyjmą mnie taką, jaka jestem?

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Poziom.

Mój nastrój nie fluktuuje. On powoli, bez jasnej przyczyny, sam z siebie, opada na dno, a potem wznosi się do bezpiecznego zera i na chwilę, niczym młody ptak z gniazda wychyla główkę, wznosi się ciut ponad Nic. I tak tamto wspomnienie, o którym pisałam, było właśnie z dna, potem wznosiłam się powoli, niesiona mocą małych, białych tabletek, które bez wiedzy mojego psychiatry nieco sobie podkręciłam. A teraz znowu opadam - nie mam pojęcia dlaczego. Dlaczego teraz, dlaczego tak szybko po poprzednim dołku, dlaczego w ogóle. Nie rozumiem.
Przez ostatnich parę dni było źle. Mocno źle. To, że zakupy nie sprawiały mi przyjemności, już było podejrzane. Jedzenie było obojętne - a to znaczy, że jest groźnie. I w końcu stoczyłam się niczym mała, bezbronna kuleczka w otchłań swojej czarnej głowy. Mój umysł pochłonął mnie z całym dobytkiem.
Jak opisać to, co się ze mną dzieje? To trudne do opisania. Nie będę się tu rozwodzić. W każdym razie wróciłam do świata na tyle, by napisać te słowa. W mojej głowie powstają zdania! Czy to nie cudowne? 
Właśnie pocieszyłam się beżowym w swojej łagodności budyniem, małym, ciepłym daniem na niezobowiązującą kolację z Internetem. To idealna kolacja z idealnym partnerem. Zadzwoniłam do mamy i udając, że wszystko jest w porządku, porozmawiałam z nią, potem chwilę z tatą, by krótko omówić urodziny mamy. Kiedy będę miała wreszcie wakacje? Ach tak... nigdy. Jak pomyślę sobie, że przede mną jeszcze czterdzieści lat pracy... Nie przeżyję tych czterdziestu lat, nie ma szans. 
Chyba za dużo tu z siebie wylewam. Za dużo żalu na tej stronie, która miała być moim wesołym okienkiem na świat. Ale co mam pisać? Nie umiem inaczej. Na co dzień cały czas w profesjonalizmie relacji lekarz-pacjent uśmiecham się przez łzy, stonowanym głosem pocieszam chorego, siedzącego gdzieś tam, daleko poza moją skorupką. Wiecie, co powiedział mój psychiatra? Że nie jest ze mną tak źle, skoro umiem jeszcze żartować. Może coś w tym jest? Może powinnam... pożartować?

niedziela, 5 czerwca 2016

Czyżby chwilowy kryzys?

Mimo wyjścia ze znajomymi z Internetu, o którym pisałam w poprzednim poście, mój humor nie poprawił się, a nawet jeszcze bardziej pogorszył. Słowem, było źle. Nie tak źle, jak już zdarzało się być, ale jednak źle. Znów przypomniałam sobie, co to znaczy mieć pustkę w głowie, zero myśli, trząść się, leżąc w łóżku i myśleć tylko o tym, by to się wszystko skończyło.
Jedyny plus ostatnich dni to to, że miałam umówioną wizytę u psychiatry. Dostałam swoje cukierki, a gdy przyznałam się mu (zresztą po raz pierwszy) do myśli samobójczych, to obiecał, że mogę zadzwonić, kiedy będzie gorzej. Na razie nie było, byle tak dalej.
Mimo jakiejś tam poprawy, nadal moje emocje ograniczają się do bladej sinusoidy smutku i ulgi. W pracy też średnio, szefowa ciągle ma zastrzeżenia i to - niestety - słuszne. Już na studiach było lepiej, dawałam sobie radę, mogłam siedzieć i patrzeć w ścianę, nikogo to nie obchodziło. Nie odzywałam się? To co, przecież i tak zawsze byłam raczej małomówna. Na stażu też jakoś uszło, gdy mi się pogorszyło, siedziałam i bezmyślnie pisałam wypisy, do dzisiaj to pamiętam. Raz tylko było ciekawie, jak przymulona świeżo dostanymi lekami miałam asystować do operacji. Dziwne przeżycie.
Teraz jest źle: trzeba się angażować, myśleć, być ostrożnym, ale i odważnym, trzeba rozmawiać, słuchać, mówić. Ja potrafię to coraz mniej, nie wiem, jak, nie pamiętam, nie rozumiem. To rodzi konflikty, i tak czuję, że coraz mniej mnie tam lubią, poza jedną koleżanką, którą znam jeszcze ze studiów.
Pozostał mi świat książek, blog i kilka stron internetowych, gdzie mogę się udzielać bez żadnej odpowiedzialności.
Boję się.

niedziela, 8 maja 2016

Szary

Weekend. Siedzę jak ostatni menel, na stole butelki po piwie z wczoraj, nieotwarte pudełko borówek, a ja wyjadam paprykarz szczeciński prosto z puszki. Po jednej stronie laptop z nieśmiertelnymi głupotami na facebooku, po drugiej podniszczona (nie przeze mnie!), książka. Za oknem rozpoczynające się coraz śmielej lato, Słońce wyzierające zza zasłoniętych rolet. 
Takie momenty lubię. Czuję się... jak wszyscy. Jestem małą, szarą osóbką, będącą jak inni, robiącą dokładnie to, co inni, piszącą bloga dokładnie takiego samego jak setki innych lekarzy, studentów medycyny czy kandydatów, które mieszają się w wielkim młynie blogosfery. 
Będąc nastolatkiem, chce się być inni niż wszyscy. Zostaje się emo albo hipsterem, przez co staje się... taki sam jak inni. A ja teraz, już dawno po wieku nastoletnim, chcę być taka, jak inni, anonimowa. I udaje mi się to! Wtapiam się w tłum, uśmiecham ustami duszy, idąc ulicą z obowiązkową siatką z Biedronki, jeżdżę tramwajem wraz z tłumem ludzi, wygnanych piękną, majową aurą z szarych domów.
Po latach rozmów z psychiatrami i psychologami, po garściach małych, białych tabletek, po tysiącach stron powieści, których bohaterowie ukazywali mi, jak żyć, stałam się z moich marzeń wyjętym Szarym Człowiekiem.

:)

środa, 20 kwietnia 2016

Szesnaście godzin.

Wychodzę z gabinetu lekarskiego o godzinie piętnastej piętnaście, schodzę brzydką, beżową klatką schodową do sutereny, gdzie na końcu ciemnego korytarza jest duże pomieszczenie wypełnione stalowymi szafkami. Znajduję tę numer zero zero dwa i otwieram małym, czarnym kluczykiem. Kurtka i buty - moja oznaka wolności. 
Przebieram się w codzienne ciuchy i wchodzę - wbiegam niemalże - na parter i zmierzam do przeszklonych drzwi. Moją głowę z brązową kitką owiewa chłodny wiatr przemieszany z jasnymi promieniami popołudniowego Słońca. Jestem na zewnątrz dużego, białego budynku, który z nieskrywaną radością zostawiam z tyłu. Nie oglądam się za siebie. 
Na przystanek po chwili podjeżdża autobus, do którego wsiadam i jadę do najbliższego centrum handlowego. Szybkie zakupy i już jadę dalej. Po godzinie stania w korkach i kolejkach do kasy jestem w domu i gotuję obiad. 
I wtedy odliczam: godzina szesnasta, pracę zaczynam o ósmej. Zostało szesnaście godzin. Szesnaście godzin wolności, różu, puchu i szczęścia. Jedzenia białych Michałków, picia kawy z mlekiem i pisania na blogu. Robię sobie więc tę kawę, rozkładam na stole Michałki, włączam komputer i zaczynam celebrowanie moich cudownych szesnastu godzin.

Jak będzie wyglądał następny dzień? Zapewne tak samo jak wszystkie poprzednie od pięciu miesięcy, no może z wyłączeniem weekendów: zwleczenie się z łóżka po trzech drzemkach, zimny wiatr na zewnątrz i ciepło autobusu, ciemność zagrzybiałej szatni, cichy głos lekarza czytającego raport z dyżuru na odprawie. 
I znów odliczanie: siedem godzin i trzydzieści pięć minut czasu określonego w umowie o pracę. Czas Do Pierwszej Kawy i Po Pierwszej Kawie. I praca, którą już tu opisywałam nie raz.

A potem wychodzę z gabinetu lekarskiego o godzinie piętnastej piętnaście...

wtorek, 12 kwietnia 2016

Ileż można?

Dostałam dziś kwietniowy Opierdol Miesiąca. Marcowy był... no tak, w marcu. Tym razem poszło o niedoczytanie czegoś w opisie radiologicznym. A nawet nie tyle niedoczytanie, bo doczytałam, ale nie zinterpretowałam tego jako patologii, tylko jako stan po przebytym zabiegu. I tu był błąd. No i się zaczęło. 
Generalnie rozchodzi się o to, że szefowa zagroziła mi miesiąc temu usunięciem ze specjalizacji, jak nie zacznę robić postępów. Uważałam, że postępy robię, nawet nie krzyczała już na mnie ostatnio, leki przepisywałam jak trzeba, zlecałam potrzebne badania. No ale. Po dzisiejszym dniu nie wiem, co o tym myśleć. Na razie nie wyznaczyła mi deadline'u na ogarnięcie się, ale nie wiem, nie wiem. Modlę się, by nie spełniła swojej groźby.
Koleżanka z roboty siedziała w dyżurce i udawała, że nie słucha, co było mimo to dość poniżające. Ona sama razem ze mną była na początku niepewna, wahała się, czy to aby na pewno dobra droga. Teraz szefowa ją lubi, a mnie... no mnie nie. I nie wiem już, co robić, by coś się zmieniło. Być bardziej uważna? Więcej się uczyć? I tak siedzę w domu i się uczę wieczorami. Ileż można?!
Nie wiem, czy wystarczy mi tabletek, by było lepiej. Na razie poratowałam się ciasteczkami, swoje leki wzięłam, zobaczymy, czy to pomoże. Na koniec dnia pozostawiłam sobie swój stały "ostatni ratunek": telefon do mamy. Mama zawsze mnie wspiera w takich sytuacjach, wie o wszystkim. Na razie wypłakuję się na blogu.
Tak, to, co mi pozostało, to pisanie.

piątek, 12 lutego 2016

Wszystko w końcu się ułoży.

Siedzę sobie, popijam kawę, zajadam orzeszki i właściwie nic szczególnego się nie dzieje. Tak mogłabym zacząć opis kolejnego wieczora w moim życiu. Ale jestem dziś szczęśliwa. W pracy ułożyło się - wreszcie! - po mojej myśli, wszystkie papiery załatwiłam, pacjentów na weekend zostawiłam chyba zadowolonych, przynajmniej tych, którzy jeszcze rozumieją, co się z nimi dzieje. Poza tym spotkałam się z moim towarzyszem życia na obiedzie i kolejnej już dzisiaj kawie.
Pojutrze Walentynki. Pierwsze, w czasie których będę mieć chłopaka. Dziwne, co? A jednak. W czeluściach Internetu już zaczynają się hejty na to niby-święto. Trudno, może tym razem ja też znajdę się na ostrzu krytyki za tę "komerchę"?
Niedługo rocznica brania przeze mnie małych, białych tabletek. Niezbyt wesoła rocznica, ale czy na pewno? W końcu od marca tamtego roku zaczęła się moja droga ku szczęściu. Ku normalności. Dzięki tabletkom skończyłam studia, staż, dostałam się na specjalizację, zaczęłam pracę. Dzięki nim uśmiecham się teraz, popijając kawę, chodzę zwyczajnie po ulicach, nie czując się tak, jak czułam się wtedy.
Od tej pory zmieniałam leki, dochodziły nowe, ale jedno pozostało to samo: codzienny mały rytuał połykania moich małych przyjaciół i popijania ich dobrą kawką z ekspresu. Czy to białe, czy to żółte tabletki.
I pomyśleć, że wszystko zawdzięczam mojej ówczesnej współlokatorce, która za rękę niemalże zaprowadziła mnie do uczelnianej pani psycholog. Tamta zaś od razu wysłała mnie do lekarza. Aż sama się dziwiłam, że ktoś o mnie dba. :)
A w pracy, jak to w pracy. Walczę, pacjentów mam kilku, coraz więcej zresztą. Papiery, badanie, papiery, badanie. I tak w kółko. Czasem jeszcze mała reprymenda od ordynator. Zdarza się. Z coraz większą radością zakładam biały fartuch z coraz większą śmiałością upycham stetoskop do kieszeni. Z coraz większą pewnością odbieram oddziałowy telefon słowami "Dr Dopamina, Oddział Chorób Wewnętrznych". No, może bez "doktor". Bez przesady. ;)
Mam nadzieję, że wszystko w końcu się ułoży. :)

wtorek, 8 grudnia 2015

Gwiazdy

Jestem, wróciłam, żyję sobie spokojnie na swoim poletku i patrzę w gwiazdy. Pracuję. Z wielkim niepokojem w sercu i z drżeniem rąk zaczęłam specjalizację. Kolejny rozdział w życiu. Czy za pięć lat napiszę na blogu kolejnego posta "Pięć lat w pigułce"? Zobaczymy. Kto wie.
Gdy wypisywałam swoją pierwszą pacjentkę, pierwszą przyjętą przeze mnie chorą, nastolatkę jeszcze, czułam ulgę. Wewnętrzny głosik mówił mi: "Przeżyła!" Tak, pomogłam wydostać się jednej duszy z matni choroby. Kolejny pacjent - kolejne wyzwanie. Walczyłam już z zapaleniem trzustki, z anemią, z wrzodem żołądka i ze zwykłą starością, która wcale nie wygląda jak polska złota jesień. Tak, tutaj, na Oddziale Chorób Wewnętrznych, ma się różnych pacjentów. Każdy jest swoją indywidualną wyspą.
Wychodzę do domu zadowolona, że to koniec dnia pracy i wreszcie mam czas dla siebie. No, nie do końca dla siebie, ponieważ moja ordynator kazała mi się douczać, doczytywać, zbierać informacje. Już zdążyłam zarobić pierwsze baty za nieznajomość badań wykonywanych w pewnym schorzeniu. Ciągłe reprymendy działają na mnie dość dołująco, cieszę się więc z wdzięczności pacjentów, z ich żarcików i ciepłych słów. Czerpię siłę z rozmów o tym, jak im dzisiaj leci, czy czują się lepiej.
Mogę mieć tylko nadzieję, że będzie coraz lepiej. Że będę coraz bardziej gotowa do tej pracy, pacjenci będą coraz mniejszą tajemnicą, widoki na samodzielną pracę będą coraz jaśniejsze. Na razie jest ciężko, ale gdzieś tam, za chmurami, za cieniami nieba, są te gwiazdy, na które mogę patrzeć.

wtorek, 17 listopada 2015

Sześć lat w pigułce

Piszę o stażu, rezydenturze, szerzej - o pracy. Myślę, że warto też byłoby też napisać co nieco o studiach. A więc...

Rok pierwszy. Jeszcze wszyscy pałaliśmy entuzjazmem, jeszcze uczyliśmy się w tramwajach, ku uciesze współpasażerów, jeszcze marzyliśmy o "dr" przed nazwiskiem. Było wesoło, gdy nieogarnięci przychodziliśmy na zajęcia i dostawaliśmy opiernicz, że nic nie umiemy (co nas jakoś wcale nie motywowało), gdy gubiliśmy się w Gdańsku, gdy na wf-ie moja imprezowa, luźna grupa ćwiczyła razem z innymi ludźmi, kującymi do kolokwiów.
Aż szkoda, że przełożyło się to potem na zdawalność i moją grupę, mówiąc ładnie, szlag trafił. Pierwszy rok był sympatyczny, chociaż upływał pod znakiem kobyły - anatomii.

Drugi rok był nudny. Biofizyki, biostatystyki, higieny, biochemie, informatyki, psychologie. Zapchajdziury innymi słowy. Moi znajomi skupili się raczej na udoskonalaniu kontaktów towarzyskich niż na nauce tego, co o dziwo wyszło na dobre. Nikt nie zwariował. Ja miałam przejścia z biochemią, ale udało mi się wygrać sesję letnią 4:0 dla mnie. Wtedy też wreszcie przestałam myśleć o zmianie studiów.
Nikt jeszcze nie myślał o pracy. Materiał na studiach był zbyt odległy, zbyt abstrakcyjny, by cokolwiek przypominał medycynę. Było wesoło, i o to chodzi. Wspólna nauka biochemii w McDonald'sie, z koleżanką przy ciasteczkach czy samotnie w kawiarni - tak pamiętam drugi rok.

Rok trzeci to pierwsze zajęcia kliniczne. Taka namiastka lekarza. Chodziliśmy za asystentami jak owieczki za pasterzem, nieśmiało wypytywaliśmy pacjentów o objawy chorób, których nie znaliśmy, badaliśmy, choć jeszcze nie umieliśmy, łudziliśmy się, że setki dziwnych nazw z patomorfologii czy farmakologii na cokolwiek nam się przydadzą. Cóż, niektóre pewnie się przydadzą. 
Najważniejsza dla mnie była propedeutyka interny. Już wtedy myślałam o tej specjalizacji. Uczyłam się tego nawet z chęcią. Najlepiej z trzeciego roku wspominam wypady na plażę po majowych maratonach kolokwiów. 

Czwarty rok był już prawie w pełni kliniczny. Chodziliśmy po oddziałach, od chorego do chorego, rozmawialiśmy, badaliśmy, opisywaliśmy. Zapisałam się do kilku kół naukowych, by czerpać pełnymi garściami ze studiów. Po raz pierwszy asystenci zaczęli na nas mówić per "panie doktorze, pani doktor", chociaż ja się tam doktorem ani trochę nie czułam. Liczyłam, że przez tak długi jeszcze przecież czas studiów zdołam nauczyć się całej medycyny.
Wtedy miałam też mały kryzysik, który udało mi się zażegnać. Na długi weekend majowy wyjechałam sobie na zagraniczne wakacje, a sesję, trudną i długą, spędziłam rozdarta między nudnymi książkami a kibicowaniem na Euro2012. Z jednej strony laptop z meczami, z drugiej zeszyt z notatkami.

Z piątego roku nie pamiętam wiele - jedynie leczenie, siedzenie z pustą głową na zajęciach i wpatrywanie się w ścianę, nie znaczące nic słowa na slajdach. No i umieranie na seminariach, gdy po lekach dopadała mnie przemożna senność i próbowałam nie paść twarzą na ławkę. Tak więc tu za wiele do opowiadania nie ma. 
Jedynie wielki egzamin, egzamin z interny w czerwcu, zapadł mi w pamięć. Uczyłam się do niego w miarę pilnie, jako że obejmował trzy lata studiów. Taki egzamin z medycyny. Trafiłam na miłą asystent na praktycznym, miłego profesora na ustnym i... do przodu! 

Rok ostatni, szósty. A więc jednak może będziemy tymi lekarzami? Ludzie stali się poważniejsi. Coraz mniej imprez ze znajomymi ze studiów, coraz więcej "doktorowania" na zajęciach. Zaczęliśmy bać się pracy. Każdy straszył nas naszą niewiedzą, którą sobie uświadamialiśmy, każdy opowiadał o procesach i karach. A jednocześnie coraz więcej asystentów, zwłaszcza młodych, traktowało nas jak kolegów. 
Ostatecznie wiadomo było, kto tym lekarzem będzie, więc zaczęły się podpytywania o LEK, o specjalizację, o to, co załatwić, jakie papiery gdzie pozanosić. Trzeba się było przygotować do pracy. 
Swoją drogą ludziom, mi też, zbrzydły już te studia. Coraz chętniej myślało się o tym, by progi uczelni przekroczyć po raz ostatni. I w końcu się udało. Ostatnie zajęcia, ostatni egzamin, ostatni papier z dziekanatu.
Zostaliśmy lekarzami.

A teraz chyba pójdę spać, bo jest czwarta w nocy (zegar na blogu źle chodzi). ;)