Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rezydentura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rezydentura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2020

I wtedy przyszedł maj...!

Mija sześć lat od kiedy skończyłam studia i uzyskałam dyplom lekarza. Sześć długich i krótkich lat. Tyle, ile trwały same studia. 
Przez te sześć lat osiągnęłam niebo i piekło, kilka razy dostałam od życia w łeb kijem (bez marchewki), kilka razy trafiła we mnie boska cząstka. A kilka razy byłam lekarzem.
Skończyłam staż podyplomowy w terminie, mimo groźby zawalenia z powodu frekwencji. Zaczęłam specjalizację, którą zawiesiłam, a po miesiącu bezrobocia - rzuciłam. Teraz jestem w punkcie życia, gdzie być może zaczyna się stabilizacja. Gdzie nie czeka się na przydział, tylko składa CV.
Mam przyjaciół.
Nie wierzę w zapeszanie, więc napiszę: od pięciu miesięcy czuję się po prostu dobrze.

wtorek, 1 października 2019

Recepta

Leczę się, odpoczęłam od pracy. Jest już lepiej, dużo lepiej. Na tyle, że nie będę Wam przez chwilę smęcić o smutach, tylko opowiem historyjkę z zupełnie innej beczki. Mianowicie: kupowanie leków w aptece. 
Wypisałam sobie receptę na dwa leki psychotropowe, które zalecił mi psychiatra, a ja mam je sobie przedłużać do kolejnej wizyty. Zrealizować ją miał mój tata, ponieważ to on właśnie jechał dziś do apteki. Zabrał papierek i pojechał na zakupy. 
Niedługo potem telefon: tata. Odbieram, a na linii farmaceutka, która dzwoni do mnie jako do lekarza, czy ja jako pacjentka mogę przyjąć zamiennik, bo oni na stanie nie mają wypisanego przeze mnie produktu. ;) Ponoć przyszedł nawet kierownik apteki i zainteresował się sytuacją. Spodobało mi się to, że ktoś o mnie dba. ;)
Poza tym zastanawiam się nad sensem mojej dalszej pracy w miejscu, gdzie teraz pracuję. Chciałabym zacząć specjalizację, ruszyć do przodu, może powoli wrócić na dyżury. Najpierw tylko takie do wieczora, jakie udało mi się zaliczyć w ostatnim półroczu (na razie około jeden miesięcznie). 
Chciałabym też w końcu zarabiać porządne pieniądze, zmienić mieszkanie na ładniejsze, a może kiedyś, po terapii, zacząć szukać sobie faceta. A może na początek więcej przyjaciół niż jedną I. ze studiów.
Na razie jednak są to tylko mgliste plany. :)

czwartek, 6 czerwca 2019

Dyżurowe paranoje

Nie dyżuruję od ponad roku. Zmieniłam placówkę, w której pracuję. Miałam przerwę w specjalizacji. Teraz jest dużo lepiej niż było. 
Nadal jednak nie umiem się w pełni zrelaksować. Jeszcze przez kilka miesięcy po zmianie pracy śniły mi się dyżury, śnił mi się SOR, przyjęcia na oddziale. Miałam koszmary o dzwoniących telefonach, o pielęgniarkach zgłaszających zgony i powikłania. Do dziś jak próbuję cieszyć się nocą we własnym łóżku, nachodzą mnie myśli, że to może być sen, że zaraz obudzę się po krótkiej drzemce na dyżurze, przerażona i zmęczona, a na zegarze nie będzie jeszcze nawet trzeciej w nocy. Albo obudzi mnie telefon: ktoś się pogarsza, kogoś boli, ktoś umiera. Minął już rok, a takie myśli nadal mnie prześladują. 
Nadal nie zdobyłam się na to, żeby iść odwiedzić ludzi z oddziału. Mam kupione upominki, ale od roku nie dotarłam do tego miejsca. Miejsca, w którym myśli pędziły jak szalone albo zatrzymywały się w grząskiej mazi, w którym krzykliwa muzyka w uszach uniemożliwiała sen, w którym dzwonił przeklęty telefon. 
Do dziś ogarnia mnie lęk, gdy wibruje moja komórka. Kiedyś oznaczało to "prośbę" szefowej o wzięcie kolejnego dyżuru albo opierdziel za coś, czego nie dopilnowałam w pracy. Zimny głos i jeszcze zimniejszy pot na moim ciele. 
Ciężko mi się o tym pisze, bo rany jeszcze nie są zagojone. Być może jeszcze długo nie będą. Przerwa w specjalizacji pozwoliła mi się wyciszyć, ale nie zapomnieć. Na co dzień jestem szczęśliwa, ale w ciemności wracają demony. 
Jakiś czas temu zaczęłam terapię i tym razem zamierzam ją ukończyć. Mam czas, wyznaczony termin, mam fundusze, mam motywację. I zamierzam raz na zawsze uwolnić się od mojej poprzedniej pracy.

sobota, 30 marca 2019

Psychiatrą nie jestem, ale pogadać mogę.

Tak, psychiatrą nie zostanę, ale staż z psychiatrii odbyć muszę. Postanowiam ominąć Wielki Psychiatryk, gdzie pewnie jest pełno stażystów, rezydentów i studentów, i iść na pewien mały Oddział Dzienny. :)
Oddział Dzienny to dziwne miejsce. Nie ma tam szpitalnych łóżek, są sale z krzesłami i stołami, przy których siedzą pacjenci i rysują, piszą, tworzą. Nie ma wielkiego obchodu z ordynatorem, są rozmowy: z jednej strony grupa psychiatrów i ja z boku, naprzeciwko pacjent, opowiadający o swoim samopoczuciu. Pacjenci lekarza widzą rzadko - głównie jak sami chcą pogadać, dowiedzieć się czegoś o swojej chorobie, poskarżyć się na objawy albo pochwalić sukcesem. 
Każdy pacjent ma ustalony plan dnia iz tygodnia: zajęcia takie i owakie, psychoterapia, obchód z lekarzami, posiłek, leki. Nie ma zalegania w łóżku, nie ma kroplówek. 
Choroby są różne, właściwie większość podręcznika. Są nerwice, schizofrenia, depresja, fobie, dwubiegunówka, zaburzenia osobowości, uzależnienia. Była pani z otępieniem, która przychodziła po prostu pobyć z ludźmi i poćwiczyć umysł. Ważne było jedno: osoba będzie przychodzić codziennie i pozwoli sobie pomóc. Nie było tu pasów, przymusu bezpośredniego, leków dożylnie, gonitw za pacjentami z cyklu "kto pierwszy przy otwartych drzwiach". Tak, tak było w Szpitalu, w którym byłam studentką. ;) 
Tutaj numerem jeden była rozmowa. Czy to z młodym rezydentem albo starszym specjalistą, taka początkowa, z tabula rasa, o pacjencie nie wiemy nic poza kodem na skierowaniu. Czy to z psychologiem. Czy to z całym gremium na cotygodniowych obchodach. Czy to z lekarzem prowadzącym, na luziektórych, w gabinecie, o życiu, o małych kroczkach ku normalności. 
To były bardzo krótkie dwa tygodnie. Dowiedziałam się tam wiele - o ludziach. O cierpieniu. A każde cierpienie jest inne. Moje zaburzenia nie miały tam miejsca: ja byłam lekarzem i słuchałam innych. Byłam tym, komu inni się zwierzali ze swoich problemów, tak jak ja kiedyś się zwierzałam. A tu byłam zdrowa, piękna i młoda, a kto inny był chory i zagubiony. To była cudowna lekcja. Lekcja empatii i wyzbycia się egoizmu. 
Szkoda, że to tylko dwa tygodnie.

niedziela, 3 lutego 2019

"Czy warto było spalać się", czyli przemyślenia

Tak się zastanawiam. Czy wybrałabym medycynę po raz drugi? Czy gdyby cofnąć czas albo, co bardziej prawdopodobne, dać mi pieniądze na nowy start, kontynuowałabym to, co robię? 
Myślę, że odpowiem tak, jak odpowiedziała większość lekarzy na Konsylium24, lekarskim forum. Nie. Ale... dlaczego? Nie, nie chodzi mi o zarobki, na nie nie narzekam. Mam duże dopłaty, dodatki. Stać mnie na utrzymanie siebie i dopłacanie rodzinie. Nie chodzi mi o atmosferę pracy, chociaż wiem z doświadczenia, że ta bywa obrzydliwa i deprymująca. Teraz nie narzekam. Nie chodzi mi o przepracowanie, bo bez dobowych dyżurów nie narzekam też na czas pracy. Śpię w nocy, pracuję w dzień, kończę po południu i mam czas dla siebie. Więc...?
Więc odpowiedzialność. Teraz daję radę, ale już czuję jej oddech na plecach. Wszystko, co zrobię, odbije się na cczyimś zdrowiu czy życiu. To, co zrobię i czego nie zrobię. To, co zrobi pacjent z moim leczeniem i czego nie zrobi z własnej woli, ale za moim przyzwoleniem. Już teraz chodzę do pracy z drżeniem serca, że coś źle zrobię i komuś stanie się przez to krzywda. To bardzo, bardzo wypalające.
Pielęgnuję swoje pasje, cały czas uczę się pracować z człowiekiem, doskonalę swoje kompetencje miękkie, żeby kiedyś, w razie czego, móc się szybko przebranżowić. Medycyna jest piękna, ale jak jest się młodym, pełnym życia, wiary i ideałów. Potem staje się męczącym rzemiosłem. Tego chcę uniknąć. 
Teraz i tak jestem w komfortowej sytuacji: pracuję od do, nie mam nocek, właściwie to robię jak w korpo i nieźle na tym zarabiam. Ale jednak cały czas ta odpowiedzialność, ten niepokój. Łatwiej by mi było pracować w mniej płatnym, ale i mniej wymagającym zawodzie. Nie wymagającym mniej pracy, bo pracować mogę. Wymagającym mniej odpowiedzialności. Może praca w zespole? To mi dobrze wychodziło w szkole. Ale praca to nie szkoła. 
Zastanawiam się, co po specjalizacji. Dalej bawić się w lekarza? Czy jednak odpuścić udawanie, że ma się wpływ na życie i śmierć i iść do jakiegoś znośnego korpo? Takiego z przerwą na lunch i dedlajnami? Z kartą multisport i tysiącem nowych znajomych, do których będę się uśmiechać?

środa, 19 grudnia 2018

Jak rok temu ryczałam przez całą noc.

Nie, to nie był PMS, to nie była depresja ani nawet nie rzucił mnie chłopak. Ale od początku.
Jak pracowałam w Dużym Szpitalu, to dyżurowałam. Dyżurowałam we dnie i w nocy, w tygodniu i w weekendy, w dni powszednie i w święta. Dyżurowałam także w czasie Wielkanocy, Bożego Narodzenia i Sylwestra. Nie mówiąc już o własnych urodzinach. 
Dyżurował tak każdy rezydent, pod groźbami nieukończenia specjalizacji, wyrzucenia z pracy i takich tam. Część się na to godziła, część odchodziła z pracy. Nie pytajcie, ale pewnie dałoby się to jakoś załatwić prawnie, ale nikt nie miał na to siły. Lepiej było odejść. Tak jak i ja. Byliśmy tchórzami, ale w tym momencie gówno mnie obchodzi, co się tam teraz dzieje (odeszli prawie wszyscy rezydenci, poza kilkoma z syndromem sztokholmskim, o których pisałam w innej notce, im tam dobrze). 
No ale do rzeczy. 
Dwa lata z rzędu miałam dyżur w Boże Narodzenie. Rok temu 25 grudnia. Nie było mowy o wyjeździe na święta do rodziny, więc rodzina przyjechała do mnie. Szykowałam się na to tygodniami, sprzątałam, wymyślałam potrawy, kupowałam prezenty. Przyjechali w Wigilię po południu. Pobyli kilka naprawdę cudownych godzin. Zjedliśmy wigilijne potrawy, wręczyliśmy sobie podarki. I... rozstaliśmy się. 
W Sylwestra miałam mieć dyżur, więc ta okazja do spotkania odpadła. Zostałam sama w pięknie wysprzątanym, pachnącym, PUSTYM mieszkaniu. Rano dyżur.
Wtedy miałam takiego doła, jaki już mi się przez ten rok nigdy więcej nie zdarzył, a miewałam wiele gorszych dni. Płakałam w poduszkę pół nocy, nie bacząc na to, że rano wstanę niewyspana. Było mi zwyczajnie, po prostu źle.
W tym roku jadę do rodziny i spędzimy razem całe piękne święta. Taką mam przynajmniej nadzieję. :)

piątek, 13 lipca 2018

Imię do wiadomości redakcji

Zbyszek
Gdy przyszłam ma staż do szpitala spółki X, na internie było wielu lekarzy. Starsi, młodsi, rezydenci, specjaliści... do wyboru, do koloru. Wszyscy szczęśliwi. 
Gdy zaczęłam tam specjalizację, odeszło kilkoro lekarzy. A to emerytura, a to koniec specjalizacji, a to prywatna praktyka. 
Zaczęliśmy we czworo: Zbyszek, Ala, Ola i ja. Szło nam opornie, jak i pewnie innym rezydentom, ale szefowa nie uważała tego za normalne. Co obchód, to docinki, jad, hejt. Tylko Zbyszkowi odbywało się mniej, ale jak się potem okazało, po prostu szefowa wolała mężczyzn lekarzy. 
Ola i Ala odeszły na inne staże: one robiły inną specjalizację i spędziły w naszym piekiełku tylko rok z kawałkiem. Zostaliśmy we dwoje. Mieliśmy dużo dyżurów, w końcu na oddziale było mało personelu. Wielu pacjentów na lekarza. Trudno.

Adaś
Adaś i Łukasz przyszli do nas niedługo później dokładnie rok. Byli piękni, wspaniali... no może nie WYSTARCZAJĄCO piękni i wspaniali, ale jednak - byli. Nowi lekarze. 

Szefowa upatrzyła sobie Łukasza. On był tym dobrym, Adaś tym złym. Łukasz umiał wszystko bez drobnych szczegółów, Adaś nie umiał nic. Łukasz cieszył się estymą. Adaś nienawiścią. W końcu Adaś uciekł do innej lekarki, na inny oddział... ciągle jednak wracał "pod skrzydła" szefowej. Opierdziel, opierdziel, opierdziel. 
No i Adaś uciekł do innego szpitala. Jest daleko stąd, jak się potem dowiedziałam - szczęśliwy. Zostaliśmy w trójkę ze Zbyszkiem i Łukaszem.

Aneta
Potem, pół roku później, przyszła Aneta. Aneta też dostała się w spiralę opierdzieli. Nie była dość "sprytna", jak to określiła szefowa. Aneta miała doświadczenie, dyżurowała już w NOCH. To nic. I tak była zbyt głupia na ten oddział.
Aneta tak jak Ola i Ala - odeszła na swoją specjalizację.

Dorota
Dorota była jak cień: pojawiła się, zaczęła szybko pracować, dostawała pochwały, nawet szefowa nie miała jej wiele do zarzucenia, była ideałem. Nie robiła specjalizacji. Przyszła jako wolny ptak. 
Potem nadszedł jej pierwszy dyżur. Szefowa z innego oddziału załatwiła jej wiele atrakcji, masę przyjęć, problemy, problemy i jeszcze więcej problemów. Dorota ponoć płakała.
Zrezygnowała po trzech miesiącach. Wolała lepszą pracę, wynagrodzenie, miejsce, gdzie płacą nadgodziny, gdzie szanują. Uciekła. Wszyscy wiedzieliśmy, że teraz będzie szczęśliwa.

Rita
A Rita, tak. Rita już gdy zaczynała pracę, była skazana na Wieczny Opierdziel. Szefowa jej nie polubiła, ot tak. 
I tak Rita, miła, wesoła dziewczyna, cierpi w kazamatach Oddziału Bez Przyszłości. Po co? Chyba chce być internistą.

Łukasz
Łukasz długo się trzymał. Pewnego razu zaczepił mnie ksiądz kapelan szpitalny. 
- Pani doktor, pani wie? Doktor Łukasz odszedł!
- Dokąd?
- Na klinikę. Na ostatnim dyżurze był tak śmiertelnie zmęczony... I odszedł. 
Nie zdziwiło mnie to. Wszyscy uciekają.


Ja
Ja uciekłam zaraz przed Łukaszem. Do innej placówki, na inny oddział. Bez szefowej, bez wiecznego zapierdolu. 
Na zawsze.

piątek, 13 kwietnia 2018

O niczym

Dziś będzie post o wszystkim i o niczym.

O tym, że mi gorzej ostatnio, łykam leki tak, jak mi przykazał lekarz, wszystko robię, co trzeba, a tu czasem jak trzaśnie złem, to aż mnie skręca. Może to dlatego, że na terapię nie chodzę? Niesubordynowana pacjentka! Nie wiem już, co robić: czasem jest normalnie, mam wolę walki, a czasem... no porażka. 
O tym, że chyba zmiany się szykują w moim życiu. Może zmiana pracy, może tylko obowiązków? Zobaczymy. W każdym razie trochę przesadziłam ostatnio z pracą i mi się styki przegrzały. Muszę coś zmienić, bo zginę śmiercią tragiczną.
Bo o tym, że mi w pracy coraz gorzej, nie muszę chyba pisać. Dyżuruję ponad siły, a koledzy, co dyżurują jeszcze więcej, czepiają się, że mam za dobrze. Atmosfera jest taka sobie, nie mówiąc już o zawiści i obgadywaniu. Nawet nie chcę wiedzieć, co o mnie plotkują za plecami. W twarz i tak usłyszałam w tej pracy zbyt wiele gorzkich słów.
O tym, że koleżanka ze studiów napisała i chce pojechać ze mną na małe wakacje. Wstępnie zaplanowałyśmy weekend w czerwcu. Mam nadzieję na mały wypoczynek. Chociaż do czerwca jeszcze kawał czasu, nie wiem, jak się życie potoczy.
O tym, że pogoda wreszcie dzisiaj jest piękna i zrobiłam sobie tour po Starym Mieście. W krótkim rękawie. Miałam dziś wolne, bo trzeba było pozałatwiać kilka spraw, a że uwinęłam się szybko, to oprócz urzędów zaliczyłam też spacer i przejażdżkę autobusem numer sto po Śródmieściu.
W każdym razie wraz z kwitnącymi drzewami zakwitam i ja - muszę w końcu o siebie zawalczyć. Kiedyś, jakieś sto lat temu, gdy zakwitły kasztany, ja poszłam pisać maturę, jak to śpiewano w przeboju. Teraz matura za mną, studia za mną, egzaminy za mną, a przede mną? Samobójstwo z przepracowania czy zmiana całego dotychczasowego postrzegania świata?
Mam tylko nadzieję, że w całym tym nieprzyjaznym otoczeniu Wy, Czytelnicy, trzymacie za mnie kciuki... :)

poniedziałek, 12 marca 2018

Atmosfera

W czasie specjalizacji byłam już na kilku oddziałach, na stażu podyplomowym również. Studiów nie liczę, gdyż jako student człowiek mniej udziela się w szpitalnym życiu, a częściej podpiera ściany i zbiera wywiady w dziesięciu na jednego pacjenta. Tak więc łącznie w samej pracy zwiedziłam dobre kilkanaście oddziałów czy klinik. 
I prawie wszędzie było podobnie, to znaczy gwarny korytarz, po którym biegali pacjenci, pielęgniarki, rodziny i znajomi chorych, lekarze i pozostały personel, w zależności od oddziału: opiekunowie, salowi, ratownicy, rehabilitanci, sekretarki. Na salach pacjenci siedzieli na łózkach, leżeli albo chodzili. Jeździły wózki z posiłkami, stoliki z lekami, łóżka z chorymi. Niektórzy chodzili do toalety, pchając za sobą stojaki z zawieszonymi kroplówkami. Działo się.
Wszystko tonęło w morzu hałasu, barw, chaosu. Tego dziwnego, zorganizowanego hałasu, jaki możliwy jest tylko w wielkich molochach pełnych ludzi. W tym wszystkim - ja. Mały trybik w machinie Medycyny. A ja bardziej lubiłam kilka godzin tego pędu niż dłużyznę dyżurów. 
Wiadomo, że na dużych oddziałach jest ta atmosfera wyraźniejsza i gęstsza niż w małych, czasem wręcz kameralnych. Spokojniej wydaje się być na niektórych klinikach, gdzie pacjentów jest mniej, ale za to więcej jest ciężkich i niechodzących. Wtedy życie biegnie ciszej i na salach, gdzie gromadzą się rodziny, przemykają pielęgniarki i lekarze. W nowych budynkach gdańskiego Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego ciszy przydaje też przestronność i sterylny wygląd pomieszczeń. Idąc długimi, szerokimi korytarzami nierzadko jest się samym i słyszy się tylko odległe kroki i szumy. 
Największe stężenie ciszy tkwi oczywiście na Oddziale Intensywnej Terapii, gdzie korytarze są wymarłe poza godzinami obchodu, gdyż pacjenci śpią, rodzin się nie wpuszcza, pielęgniarki i rehabilitanci zajmują się chorymi na ich salach. Tam człowiek przechodzi przez podwójne drzwi z magicznym guzikiem domofonu, mija krąg płaczących w milczeniu rodzin i dostaje się na Inny Świat Korytarza. Stamtąd wchodzi się na sale chorych, także nieme, jednak szumiące i dzwoniące licznymi urządzeniami, które utrzymują pacjentów przy życiu i monitorują ich stan. 
Na Internie również wielu pacjentów śpi, niektórzy nawet z mózgiem zniszczonym chorobami, uśpieni leżą aż do śmierci, jednak reszta leżących nadrabia rozmową, krzykiem, jękiem, stukotem stojaków od kroplówek, chodzików, lasek, stóp. Zaś my - personel - przydajemy temu miejscu swoim pędem tej niezwykłej atmosfery szpitala. Atmosfery, jakiej nie jest w stanie przedstawić żaden medyczny serial. ;)

piątek, 19 stycznia 2018

Oddział Intensywnej Terapii

Robię staż specjalizacyjny na oddziale Intensywnej Terapii. Jak tu jest inaczej niż na Internie! Jest miło i przyjemnie, tak jak u mnie na oddziale macierzystym przed obchodem kupuje się kawkę, a po obchodzie ją pije, ale...

Na Internie jest prawie pięćdziesięciu pacjentów, na OIT dziesięciu.
Na Internie jeden lekarz przypada na średnio ośmiu chorych, na OIT na dwóch-trzech.
Na Internie przelatuje się po pacjentach, na OIT obchód trwa dwie godziny.
Na Internie rozmawia się z pacjentami, czasem o zdrowiu, czasem o pierdołach, na OIT pacjenci śpią.
Na Internie w obserwacji opisuje się to, co się dzieje z chorym, na OIT podaje się wszystkie liczbowe parametry. 
Na Internie stan chorych sprawdza się rozmawiając lub osłuchując, pytając o samopoczucie, na OIT ma się monitory, respiratory, pulsoksymetry.
Na Internie na korytarzu słychać gwar, krzyki, jeżdżące wózki, na OIT panuje cisza. 
Na Internie pielęgniarek jet dużo i biegają, przetaczają wózki lekowe po salach, mijają się z opiekunkami, na OIT jest ich mało, ale mają mniej pacjentów, każda zajmuje się swoją salą. 
Na Internie mamy opiekunki, które karmią, rozmawiają, biegają, wołają, na OIT są fizjoterapeuci, którzy po cichu, w milczeniu ćwiczą z pacjentami.
Na Internie mamy dziesiątki leków naszych plus szafkę własnych leków chorych, na OIT leki są silniejsze, ale jest ich niewiele. 

Można by znaleźć pewnie więcej różnic. Te oddziały różni prawie wszystko. Wyjątkiem jest jedna cecha wspólna: i tu, i tu cały personel skacze przy chorych i stara się, by jak najwięcej z nich wyszło z oddziału o własnych siłach, nawet jeśli nie na własnych nogach, to przynajmniej żywych. I zadowolonych z opieki.
Byłam już na wielu stażach i praca na większości oddziałów przypominała jednak pracę na Internie. Cóż, na tej specjalizacji robi się staże głównie na oddziałach internistycznych. A to gastroenterologia, a to neurologia, a to kardiologia. Ten staż jest inny. Ale czasem miło zaznać odmiany. :)

poniedziałek, 30 października 2017

Żale rezydentki, czyli średniowiecze w środku miasta.

Za dwa tygodnie minie dwa lata, od kiedy spotkałam się z ordynatorem Oddziału Chorób Wewnętrznych w jednym z gdańskich szpitali, by powiedzieć mu, że chciałabym zacząć u niego pracę jako lekarz rezydent chorób wewnętrznych.
O samej specjalizacji, jej kilku wadach i zaletach, pisałam rok temu, jako jeszcze początkująca specjalizantka. Myślę, że tezy z tamtego posta po kolejnym roku pracy podtrzymam. Jak również polecę moim czytelnikom komentarze, które się pod nim znalazły i które wnoszą spojrzenie na moją specjalizację bardziej doświadczonych kolegów. :)
Dzisiaj chciałabym napisać post będący niejako drugą częścią moich wynurzeń na temat tej specyficznej specjalizacji. Dlaczego specyficznej? O tym napiszę w skrócie: masz specjalizację jak prawie każdy inny lekarz, ale w Systemie funkcjonujesz tak, jakbyś jej nie miał. Nie pracujesz w poradni specjalistycznej. Nie robisz operacji jak specjalista zabiegowy. Jeśli zatrudnisz się na specjalistycznym oddziale, co przy brakach kadrowych się zdarza, traktują Cię jak specjalistę, zwłaszcza pacjenci, jednak Twoja praca polega na tym samym, co na zwykłej Internie, jedynie zakres chorób pacjentów jest węższy. Słowem: jesteś lekarzem ogólnym.
Ale o czym będzie dzisiejszy post? O kilku wadach nie samej specjalizacji, którą lubię, tylko pracy w takim miejscu, w którym pracuję ja: w kilkuszpitalowej spółce-molochu, szpitalu wielospecjalistycznym, ale nie klinicznym, w dość dużym mieście. Będzie to zupełnie subiektywny post.
1. Cóż tu napisać, pracy jest dużo. Liczba pacjentów na głowę jest przeciętna, jeśli popatrzeć na inne szpitale, w których stażowałam, a realnie większa niż mają znajomi pracujący na Klinice. Tak więc dlaczego miałam dużo pracy? Bo na oddziale ogólnointernistycznym u każdego pacjenta diagnozujemy wszystko, co tylko budzi nasze podejrzenia. Taką zasadę wprowadził były ordynator i do dzisiaj jest to solą w oku obecnej ordynator, która liczy koszta, a przecież NFZ płaci tylko za to, co zgłosimy jako główną jednostkę chorobową. Więc jeśli pacjentowi przypadkiem wyjdzie anemia i zrobimy mu cały panel badań, to koszta ponosi oddział. Pacjenci są z jednej strony zadowoleni, bo mają z głowy kolejki, jednak z drugiej wydłuża się czas hospitalizacji, co zwiększa liczbę powikłań, na przykład szpitalne zakażenie dróg moczowych.
2. Druga wada to być może wada specyficzna dla naszego oddziału, mianowicie zahaczająca o toksyczność atmosfera między lekarzami. Znaczna dominacja kobiet rodzi problem niesnasek, obgadywania, o czym piszą nawet byli rezydenci na portalu z opiniami o szpitalach. Do tego starsi lekarze unikają jak mogą dyżurowania, zwłaszcza na SOR, zrzucając to na rezydentów, rezydenci dyżurować nie chcą, bo mają lepiej płatne dyżury w innych miejscach. I pod koniec każdego miesiąca odbywa się wielka łapanka. Poza tym niektórzy lekarze są po prostu życiowymi frustratami.
3. Ostatnia wada w tym poście to syndrom sztokholmski pracujących tu rezydentów. Ja od miesięcy siedzę na zewnętrznych stażach, więc oddział widuję tylko na dyżurach, jednak mam kontakt z innymi rezydentami. Inne oddziały obklejona są plakatami protestu rezydentów, niektórzy nawet uczestniczą w głodówkach, pikietach. U nas cisza. Bo „górze” się to nie spodoba.
Dyżury? A dajcie mi, ile trzeba, może trochę zarobię (płacą minimum wynikające z prawa pracy). Jak ja ograniczyłam sobie liczbę dyżurów, to pretensje są do mnie, a nie do specjalistów, którzy nie dyżurują wcale albo biorą coś symbolicznie. Jak koleżankę zesłali na SOR, a ona nie chciała tam pracować i powiedziała, że ma dziecko poniżej czwartego roku życia i nie musi, więc nie dyżurowała wcale, to było wielkie zdziwienie wśród rezydentów: jak to co za leniwa suka, przecież na SOR się można wiele nauczyć!
Wszyscy narzekają, że oddział ciężki, że pracy dużo. Czy chcą tu zostać po specjalizacji? Oczywiście, już składają podania do zarządu, żeby tu zostać. I drżą, żeby dostać umowę. Zarząd oczywiście zaciera rączki, bo problem obsadzenia oddziału za minimalne stawki ma z głowy, sami się rwą. Jak ja mówię, że nie zamierzam tu zostawać po specjalizacji to się dziwią.
Jak mieliśmy zebranie rezydentów z dyrekcją, mające na celu zmuszenie nas do dyżurowania w szpitalnym NOCh-u, założyliśmy grupę na Facebooku i złożyliśmy się na prawnika, który poszedł z nami na zebranie i rozpisał nam, jak tego uniknąć. ;) Uczestniczyli w tym, nawet tylko swoimi głosami na Fb, rezydenci ze wszystkich szpitali, ze wszystkich lat specjalizacji, z różnych dziedzin. Z mojej Interny tylko ja i jedna koleżanka.
Wysyłanie na staże specjalizacyjne. Jestem najstarszą rezydentką idącą systemem modułowym (czyli mam aż połowę specjalizacji staży zewnętrznych), więc mnie puszczają. Jako że już były pomysły, by z innymi ordynatorami szpitala umawiać się na „zwalnianie” nas ze staży, profilaktycznie robię wszystko w innych szpitalach.  Jednak wcześniej normą było, że staż wirtualnie podpisywał ktokolwiek uprawniony, a rezydent wracał na naszą Internę, bo „tu się przecież więcej nauczę, bo jest ciężej.” Wszystko pięknie, tylko jak jakikolwiek objaw pacjenta wykraczał poza ramy typowej interny, w panice wzywany był specjalista na konsultację, bo co robić! Nie mówię już o tym, że wśród naszych internistów normą jest wzywanie anestezjologa do wyjęcia (!) wkłucia centralnego albo pobrania gazometrii krwi tętniczej, a kardiowersję robi na oddziale jeden lekarz. 
Ja kocham internę i mimo wszystko cieszę się, że ją wybrałam, ale nie wiążę swojej pracy z tym oddziałem (zresztą biorę pod uwagę rezygnację z jakiejkolwiek pracy w szpitalu). Można dojrzeć wszystkie smaczki zaściankowego burdeliku w centrum jednego z większych polskich miast. ;)

piątek, 28 lipca 2017

Pierwszy SOR - co i jak

Zaczynasz dyżury na SOR? A może dopiero planujesz? Podam Ci kilka anty-rad! ;) Pięć sposobów, aby być "TYM LEKARZEM", o którym się chichocząc rozprawia w gabinetach lekarskich na porannej odprawie. A oto szczęśliwa siódemka:
1. Nie szalej z dokumentacją. Podczas chwili na badanie nie pisz tego, co powie Ci pacjent, nie opisuj badania. Zlecenia też zrobisz, jak już chory będzie leżał na sali obserwacyjnej. Będziesz miał czas między pacjentami, zrobisz to potem. Masz świetną pamięć, wszystko odtworzysz spokojnie, nawet jeśli to Twój szesnasty pacjent tego dnia. Badania laboratoryjne też masz obcykane na tyle, że bez patrzenia zlecisz to, co powinieneś w tym przypadku.
2. Nie staraj się być miłym dla chorych. Siedzisz tu którąś godzinę, bez odpoczynku - należy Ci się chwila odreagowania. Jak nie hukniesz na pacjenta za cokolwiek to zwariujesz i będziesz bardziej zmęczony. Poza tym bezczelny lekarz pokazuje swoją wyższość nad pacjentem, a hierarchia na tym oddziale jest bardzo ważna.
3. Nie pytaj koordynatora SOR o przeniesienia pacjentów. Zwłaszcza do innych szpitali. A co jeśli koordynator wciśnie na powiat innego pacjenta? A jeśli okaże się, ze na Kardiologii nie ma miejsc? Najlepiej zakładaj historię choroby potajemnie i wysyłam sanitariusza z pacjentem od razu, a nuż przyjmą. W końcu jak już pacjent jest fizycznie na korytarzu, to trudniej mu odmówić wejścia na oddział, prawda?
4. Nie pisz zleceń na następny dzień. A skąd wiesz, czego pacjent będzie potrzebował? Lekarz, który Cię zmienia rano, podejdzie do wszystkich pacjentów natychmiast (lekarze są zdolni, podejdą do wszystkich jednocześnie) i zleci im leki. Nawet antybiotyki, które muszą być podawane o konkretnych godzinach, często dość wcześnie.
5. Nie przejmuj się czasem pielęgniarek i ratowników. Przecież oni tylko siedzą i kawkę popijają. Daj połowę zleceń, poczekaj, przemyśl, zjedz czekoladkę, resztę zleceń oddaj później. Badania krwi? Bez przesady, póki pacjent żyje i serce mu bije, to można ukłuć żyłę jeszcze raz i jeszcze raz. Jak chory to musi boleć - wytrzyma. 
6. Kolory "TRIAGE"? Co to niby ma być? Jakieś bóle w klatce piersiowej szybciej niż pryszcz na skórze? Zapomnij! Przyjmuj wszystkich po kolei, na spokojnie, nie spiesz się. Każdy człowiek ma taki sam organizm, dwie ręce, dwie nogi, każdy może poczekać. 
7. Drugi internista na SOR? Po co Ci on? A no tak, wiadomo, żeby przyjmować pierdoły. Ty tu jesteś od najlepszych przypadków, znasz się na swojej działce (nawet jeśli jesteś dopiero w trakcie specjalizacji). Nikt Ci nie będzie mówił, jak żyć - i jak leczyć. W końcu Bóg jest tyko jeden.

Tym też akcentem pozdrawiam Was i dziękuję za wysłuchanie!

niedziela, 28 maja 2017

Zakwasy

Kardiologia.
Mam zakwasy w rękach. A ściślej anatomicznie mówiąc - w ramionach. Ponad godzinna resuscytacja daje o sobie znać. 
Zaczęło się nie do końca niewinnie, bo od asystolii Prosta linia na monitorze. Śmierć. Potem masaż klatki piersiowej, uciskanie serca, wentylacja workiem ambu, czyli sztuczny oddech. Chwila walki, chwila do namysłu. Czy ten pacjent na pewno jest reanimacyjny? Czy aby nie tylko po to tu leży, żeby umrzeć? /starszy, być może schorowany... Ale nie! Ożył! Serce ruszyło!
Potem znowu walka - o rytm. Najpierw brzydki rytm komorowy, jak fala na ekranie sejsmografu. Potem same załamki P, nieważne, serce nie bije, nie pompuje krwi do tętnic, ale da się je pobudzić do bicia prądem, tak jak przy wszczepieniu rozrusznika. Szybka decyzja, nakłucie żyły, wprowadzenie cienkiego drucika elektrody. Prąd, pobudzenia. Jest rytm, serce bije. 
Serce wspomagane stymulacją, oddech zastąpiony respiratorem, ciśnienie tętnicze generowane aminami presyjnymi, czyli inaczej pompą z leków, żywienie pozajelitowe, natlenianie również przez respirator. Żyje za pacjenta maszyna, nie wiadomo, jak długo. 
Inni pacjenci wjeżdżają na salę, patrzą, nie wiedzą, co się dzieje. Jeszcze inni leżą tam już od kilku dni, obserwują. Patrzą na nasze zmagania i kibicują. Nikt, ani my, ani pacjenci, ani bezpośrednio zainteresowany chory nie wie jak to się skończy. 
Odsuwam się na chwilę od pacjenta, ktoś inny jedzie na łóżku na salę. Młodym zdrowy, migotanie przedsionków do kardiowersji. Tu też prąd, ale mniejszy, by uzdrowić, a nie ożywić. Anestezjolog usypia pacjenta, daje leki, żeby nie bolało. Przykładam "łyżki" do klatki piersiowej, żel rozsmarowuje się po skórze, strzelam. Pacjentem wstrząsa skurcz mięśni, serce zatrzymuje się na ułamek sekundy, po czym rusza, bijąc już prawidłowo. 
Pacjent budzi się zdezorientowany, nic nie pamięta. Dobrze, tak ma być. Nie wie, o umierającym współlokatorze. 
Na dużej sali Intensywnego Nadzoru Kardiologicznego są jeszcze inni chorzy. Niewydolności serca, arytmie, stany po reanimacji... chore serca. Takie, że jeszcze da się je naprawić albo chociaż poprawić. Wszczepić stymulator, zrobić kardiowersję, koronarografię, oglądając tętnice wieńcowe i przepychając je jak rury kanalizacyjne. Możemy dać leki - tylko i aż. Patrzeć jak zmniejszają się obrzęki, jak pędzące serce zwalnia, ból ustępuje. 
Moim zadaniem jest głównie przyjmowanie nowych pacjentów. Wywiad, szybki, kardiologiczny, rozszerzony nieco o ogólne choroby, zbadanie serc, płuc, oczu, brzuchów, nóg. Ciśnienie, tętno. Rozmowa. Ściszonym głosem, na sali INK albo w gabinecie zabiegowym, pod czujnym uchem innych chorych. Nie ma w szpitalu czegoś takiego jak prywatność.
Potem już mniej pracy, przed trzecią kawa w gabinecie lekarskim. Omawianie chorych, dnia, planów na obiad. Zapach świeżo zaparzonej kofeiny rozprzestrzenia się po korytarzu. W lodówce wspólne mleko, też czasem kupuję. 
Kardiolodzy i rezydenci kardiologii piszą wypisy, zdają raport dyżurnemu. Kończą pracę, jak też kończę. Jutro znów na ósmą, odprawa, obchód, obserwacje. Zlecenia. Ale to jutro.
Kardiologia.

niedziela, 4 września 2016

Okiem młodego rezydenta: specjalizacja z chorób wewnętrznych.

W tym krótkim artykule chciałabym opowiedzieć Wam o drodze, którą wybrałam i którą wciąż kroczę. Pewnie część z Was też nią pójdzie: miejsc rezydenckich jest wiele, progi niskie, do tego można robić tę specjalizację w prawie każdym szpitalu, jaki można sobie wymarzyć. Mowa oczywiście o internie, zwanej czasem, słusznie bądź nie, królową medycyny.

Moje początki

Swoją przygodę z interną na dobrą sprawę zaczęłam na praktykach po drugim roku, gdy mój pierwszy mistrz – internista z małej, wiejskiej przychodni – uczył mnie badać, słuchać pacjenta, a nawet, tak troszeczkę, diagnozować. Od tamtej pory myślałam o różnych specjalizacjach, ale ta interna zawsze gdzieś z tyłu głowy istniała i podczas dalszych studiów budziła największe emocje.
Tak więc niecały rok temu, nie czekając na wyniki LEK-u (ten przecież miałam już zdany!), złożyłam podanie o przyznanie rezydentury w dziedzinie chorób wewnętrznych. Rezydenturę otrzymałam.
Następnym krokiem był wybór szpitala i tu pomógł mi staż: robiłam go w dużym, ale dalekim od wielkich klinik szpitalu, mającym duży, złozony z dwóch pododdziałów Oddział Chorób Wewnętrznych. Szef lubił mnie, wyprawa z prośbą o miejsce była więc formalnością. Tonę papierów później podpisałam umowę o pracę, przeszłam wszelkie szkolenia i weszłam na Oddział już jako pełnoprawny, no może prawie, pracownik.
Początki nie były różowe: ogrom niewiedzy przytłaczał, a dziedzina, jaką wybrałam, należy do najbardziej rozległych w medycynie. Po tygodniu miałam swoich pacjentów i... nie za bardzo wiedziałam, co z nimi robić! Na pomoc ruszyła mi nadzorująca rezydentów lekarka z oddziału, która powoli wtajemniczała mnie w arkana tej praktycznej części medycyny. 
Dziś nadal wielu rzeczy nie wiem, nadal pytam się starszych, nadal konsultuję zlecenia, na dyżurach mam u boku wpadającego do dyżurki co jakiś czas lekarza z SOR-u. I tak będzie jeszcze długo. Trzeba mieć zawsze wgląd w swoją niewiedzę! Ale czuję coraz bardziej, że to ja leczę tę swoją nieszczęsną gromadkę pacjentów.

A teraz dla Was, czytelnicy, kilka rad

1. Jeśli chcecie wybrać internę, przemyślcie to dobrze. Jest to specjalizacja piękna, ciekawa, zaskakująca, ale trudna i, co pewnie najważniejsze, sama w sobie mało opłacalna. Teraz, gdy dzięki specjalizacjom modułowym nie trzeba być internistą, by zostać diabetologiem, endokrynologiem czy pulmonologiem, trzeba podjąć ciężką decyzję, czy wybrać opcję szerszą, czy jednak zdecydować się na jak najszybszą drogę do dobrze prosperującego gabinetu. Należy też pamiętać, że dla pacjenta internista to zawsze będzie „lekarz bez specjalizacji, ogólny”.

2. Gdy już jednak podejmiecie decyzję i zaczniecie specjalizację z chorób wewnętrznych, pamiętajcie, żeby nie zrażać się początkowymi trudnościami. Mało kto zna „Internę Szczeklika” na pamięć. Po studiach niewiele się wie o pracy lekarza, mało ma się też wiedzy praktycznej. A nierzadko jest się rzuconym na głęboką wodę, dostaje się swoich pacjentów, zaczyna się dyżurować. 
Jak poradzić sobie z tą niewiedzą? Czytać książki, szukać w internecie, a przede wszystkim: pytać. Pytać starszych, bardziej doświadczonych lekarzy. Wymagać pomocy od opiekuna specjalizacji. Nie bać się zasięgnąć rady pielęgniarek, one często mają dużą wiedzę, lata praktyki, znają dawki leków, potrafią trafnie ocenić stan chorego. 

3. Dbajcie o papiery. Tak, są ich setki, są one męczące, czasem niepotrzebne. Ile to razy czlowiek nie klął wypisując kolejną kartę oceny stanu odżywienia czy ryzyko zakażenia szpitalnego, którego nikt potem nie ogląda. Ale warto, przynajmniej niektóre z dokumentów, prowadzić sumiennie. Już nie raz dobrze napisane obserwacje uratowały biednego lekarza, który dostał pacjenta i nic o nim nie wie, albo samego lekarza prowadzącego, który staje w obliczu napisania wypisu po dwóch miesiącach hospitalizacji pacjenta.

4. Dbajcie o siebie. O swój czas wolny, odpoczynek. Tak, łatwo mi mówić, skoro pracuję na jeden etat i mam ledwo kilka dyżurów w miesiącu. Ale to naprawdę ważne. Nie można żyć tylko pracą, gdyż człowiek się wypali. Albo umrze, jak pewna anestezjolog, o której głośno ostatnio.

Co mi daje interna?

Specjalizacja ta to niezwykle szeroka wiedza, a więc, przynajmniej wśród innych lekarzy, pewna doza szacunku. To internistę woła się na konsultację, jak pacjent się psuje, internistę pyta się o dawki leków, o wiele, wiele chorób. 
Ale interna, taka zwykła, prosta interna, to niezwykła podróż wgłąb chorego człowieka. Niewiele specjalizacji daje tak zażyły kontakt z drugim człowiekiem. Tu trzeba poznać choroby i obciążenia chorego w każdym aspekcie, często dopytując się o jak najintymniejsze elementy życia. Chorzy na takim oddziale to ludzie często starsi, z licznymi dolegliwościami, z długim wywiadem, często z polipragmazją. Ludzie, którzy nie chcą się już leczyć, chcą do domu, ludzie, którzy wolą zostać w szpitalu, bo poza nim nie mają dokąd wrócić. Trzeba to wszystko ogarnąć.
Trzeba nauczyć się też żyć ze świadomością, że większości pacjentów nie pomoże się do końca, części wcale, a niektórzy umrą już na oddziale. Śmierć jest częstym gościem na Internie. 
Do tego interna, przynajmniej w Polsce, ma swoją Biblię w postaci „Chorób Wewnętrznych Szczeklika”, która – aktualizowana rokrocznie – zawiera prawie całą wiedzę, jaką młody adept sztuki posiadać powinien. 

A wady?

Jak każda specjalizacja, tak i interna ma swoje minusy. Myślę, że o ciężkości, o rozległości wiedzy, o tomach do wkucia pisać nie muszę, to wie każdy lekarz. Napiszę więc tylko o tym, że wśród pacjentów internista po prostu nie jest szanowany. Większość społeczeństwa myśli, że jest to lekarz bez specjalizacji, podobnie zresztą jak lekarz rodzinny. Nawet przyszli lekarze często na początku swojej drogi chcą być wyłącznie zabiegowcami, bo to jest „prawdziwa medycyna”. Tak, w internie na efekty trzeba często czekać. Ale... nie zawsze! Przecież nie tak rzadko mamy reanimacje, zawały serca, ostre duszności albo inne stany wymagające natychmiastowego działania.

Gdyby ktoś spytał się mnie, czy wybrałabym tę specjalizację, nieśmiało powiedziałabym, że tak. Nie na sto procent, musiałabym się zastanowić, ale mimo wszystkich tych problemów, jednak tę dziedzinę kocham najbardziej. I Wam też tego życzę.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Dyżurowo



Piszę ze swojego pierwszego niedzielnego dyżuru. Pełne dwadzieścia cztery godziny samotnie w pracy. I po raz pierwszy bez wsparcia starszych lekarzy, gdyż nie mam nikogo znajomego na Oddziale Ratunkowym. Po pierwszych kilku godzinach dyżuru miałam już jedno toczenie krwi, obchód całego oddziału, zlecenia wielu leków, głównie przeciwbólowych, konsultację internistyczną na kardiologii, kontrolę leczenia przeciwkrzepliwego u kilku pacjentów, a także zamawianie na cito krwi u pacjentki, której od wczoraj spadła hemoglobina, co zauważyłam tylko dlatego, że coś mnie tknęło i sprawdziłam. Ach, no i zapomniałabym o kilku rodzinach pacjentów, które koniecznie dziś, w niedzielę, musiały porozmawiać na temat swoich bliskich. Dla każdego znalazłam chwilkę, w końcu gdyby mój krewny trafił do szpitala, sama też popędziłabym dowiadywać się, co się z nim dzieje.
Oprócz tego kupiłam sobie trzy kawy i zdołałam napisać ten tekst. Nawet nie zauważyłam, jak minęło siedem godzin! Spędzam swoje życie w pracy... Może zdołam się nawet zdrzemnąć w nocy? Na pierwszym dyżurze nie udało mi się to, ale na następnych już tak. Ta niedziela jest pracowita, ale noc zapowiada się spokojnie, gdyż nie mamy wielu wolnych miejsc na oddziale, co oznacza, że będzie mało przyjęć. A SOR-owcy lubią przysyłać nam pacjentów w nocy, gdy wszyscy inni chorzy smacznie już śpią.
Kawa się kończy, otwieram ciasteczka. Telefon.
- Pani doktor, proszę o zlecenie na krew dla pana Berdzkiego.
- Jasne, już lecę.
- No chyba że pani woli toczyć po nocy – śmieje się pielęgniarka.
- O nie!
W nocy to jam mam zamiar chociaż na chwilę zawinąć się w kocyk. Zanoszę potrzebną kartkę, idziemy z pielęgniarką, panią Anią, zmierzyć temperaturę. Trzydzieści siedem cztery. Toczymy. Opiekunka medyczna idzie z dokumentem po krew, a ja wracam do dyżurki i zaglądam na facebooka. W biegu odpisuję cieszącym się wakacjami internetowym znajomym.
O piętnastej mija ósma godzina dyżuru – jedna trzecia za mną. Już się cieszę na ósmą trzydzieści, kiedy to po odprawie i po przeczytaniu raportu mojego autorstwa wyjdę z dużego, białego budynku w brzoskwiniowej spódniczce na piękną, letnią, słoneczną pogodę doprawioną poranną rześkością.
Pozdrawiam was wszystkich z dyżuru! :)

piątek, 12 sierpnia 2016

Depresyjna interna.

Uff, tydzień się kończy - i to kończy się długim weekendem! Trzy dni wolności, obijania się w domu, jedzenia smacznych rzeczy i wysypiania się. Długo? Dla mnie długo, od kiedy, pracując, nauczyłam się cieszyć każdym wolnym dniem i odpoczywać podczas chociażby zwykłego weekendu albo jednego dnia urlopu "na żądanie". :)
Ale o czym to ja chciałam dziś napisać? A tak, o moich pacjentach. Po dramatycznym miesiącu, kiedy to pracowaliśmy we czworo-pięcioro na cały oddział (wiadomo, sezon urlopowy), od wczoraj podołączali do nas - wypoczęci już - lekarze "pourlopowcy". Dlatego dziś miałam tylko sześcioro pacjentów. Ale czy "tylko sześcioro"?
Pani numer jeden, sto dwa lata, bez kontaktu, leżąca. Właściwie niewiele do zrobienia, walczymy z kolejnym zapaleniem płuc.
Pani numer dwa, również bez kontaktu, leżąca, osiemdziesiąt lat, niegdyś lekarka. Do tego z martwiącym się, dbającym synem. W rentgenie z Oddziału Ratunkowego jakieś dziwne zmiany w płucach. Zleciłam USG brzucha. Rozsiane zmiany nowotworowe. Załatwiam hospicjum.
Pani numer trzy, wodobrzusze do diagnostyki, czyli w brzuchu zbiera się płyn. Pytanie: skąd. Podwyższone markery nowotworowe, jakieś powiększone węzły chłonne i jajnik. Czyżby - rak?
Pan numer cztery, świeżo wykryte dwa guzki w płucu. Biopsja nieudana, załatwiam głębszą diagnostykę w klinice. W tomografii: duża masa guzowato-węzłowa w śródpiersiu. Czyli najpewniej - rak. We wtorek druga biopsja.
Pan numer pięć, przyszedł do nas na przetoczenie krwi przed kolejnym cyklem chemioterapii. Rozsiany rak żołądka. Okazało się, że potrzebował aż dziewięciu jednostek krwi, żeby jako tako wydobrzeć. Dziś go wypisałam, ale pewnie niedługo wróci, jeśli w tym czasie nie umrze.
I w końcu pan numer sześć - uwaga! - cukrzyca! Zdrowy człowiek, tylko do rodzinnego poszedł z objawami cukrzycy i mu wyszła glukoza czterysta. Ustawiany na insulinie, ale bez żadnych powikłań, zadowolony wyszedł dziś do domu.
Miałam mieć jeszcze siódmą panią, ale wczoraj zmarła. Rozsiany rak płuca z przerzutami do mózgu. Przedwczoraj mi płakała, że jej włosy nie odrastają po radioterapii.

Nareszcie weekend.

piątek, 15 lipca 2016

List do czytelników.

Drodzy czytelnicy

No więc powiem Państwu tak: jest lepiej. Nie cały czas, ale już nie będę w najbliższej przyszłości zamęczać Was moimi jękami. 

No więc: zwiększyłam sobie dawkę dwóch leków, nie jakoś drastycznie, ale zauważalnie. Poza tym przeanalizowałam swoją sytuację i poczyniłam pewne mgliste jeszcze, ale realne plany na przyszłość. W każdym razie - jest lepiej.

A żeby nie było tylko o mnie. Mam na oddziale panią, lat... trochę ponad trzydzieści. Wątroba zniszczona alkoholem. Ciągnę ją za nogi z "tamtej strony", a pani jest raz to lepsza, raz to gorsza. Dziś rano: śpiąca, ledwo dająca się wybudzić, nie odpowiadająca na pytania. Po południu, gdy upuszczałam płyn z jej brzucha, całkiem sensownie mówiąca. Śpiączka wątrobowa - nasz śmiertelny wróg.
Swoją drogą tego płynu ja upuściłam jej w sumie trzy litry, ale razem z dyżurnymi zeszło około dziesięciu litrów. W przeciągu tygodnia. Tyle zdołało się naprodukować przez te parę dni. I nie wypłynęło wszystko, pani, powiedzmy, Alicja, ma nadal duży, okrągły brzuch.
Pomijając to, pani Alicji popsuły się też nerki. Nie dopiła, nie nawodniłam jej dostatecznie, trochę straciła w obrzękach, trochę poleciało do brzucha. Teraz leję w nią litrami płyny - płuczę nerki. Czy dam radę? Czy te dwa małe, brunatne narządy naskoczą i zadziałają, jak należy? Tego nie da się przewidzieć.
Szkoda mi pani Alicji. Tak jej się potoczyło życie. Czy to jej wina? Czy kogoś innego? Pewnie różnych ludzi, przypadków. Tak samo jak los pana Mieczysława, który musiał dzisiaj jechać na rentgen płuc i któremu - krzycząc, gdyż pan Mieczysław jest prawie głuchy - musiałam wyjaśniać, że ma leżeć na plecach. Wyjaśniłam, o dziwo. Panie z transportu wewnątrzszpitalnego pochwaliły mnie, twierdząc, że muszę zawsze z nimi jeździć, gdy będą miały trudnych pacjentów do przewiezienia.
Tak i los pana Andrzeja był zbitkiem nieszczęśliwych przypadków i nie-przypadków. Aż w końcu dziewięćdziesięcio-trzyletnia żona nie była się w stanie nim opiekować i pan Andrzej pojechał do szpitala z zapaleniam płuc, odwodnieniem, bez większego kontaktu słownego. 
i wszyscy ludzie, moi pacjenci... Każdy z nich jest zawiłą, a jakże ciekawą historią. Każdy z nich ma za sobą rodzinę, dzieciństwo, znajomych, swoje choroby, nałogi, drobne grzeszki, które wpłynęły na to, że znalazł się tu, pod moją opieką, na białym, metalowym i - paskudnym - szpitalnym łóżku. Jedynę, co mogę dla tych ludzi zrobić, to wypełnić bezlitosną, białą płachtę karty zleceń i, co może nawet ważniejsze, z nimi porozmawiać.

wtorek, 5 lipca 2016

Gdzie mnie zechcą?

Dziś jak zwykle raczej mało żwawym krokiem podreptałam do pracy, odsiedziałam swoje na odprawie, nasłuchując tylko, czy moi pacjenci nie gorączkowali i w ogóle czy się z nimi nic nie działo, potem usiadłam w dyżurce, przeglądałam papiery... nudy, nie? I nagle wpadła do nas ordynator, zachwycona, i mówi, że mamy wszyscy młodsi rezydenci iść na sekcję zwłok.
Sekcji widziałam w swoim życiu parę, a to na patomorfologii, a to na medycynie sądowej, ale na specjalizacji, w naszym małym szpitalu jeszcze nie. Poupychaliśmy więc do kieszeni pieczątki i stetoskopy i przeszliśmy brzydkimi, obdrapanymi, wąskimi korytarzami - w sam raz na tło wydarzenia, które miało mieć miejsce - do Zakładu Patomorfologii. 
Tam czekały na nas dwa rozbebeszone ciała, obaj denaci byli starszymi mężczyznami, obaj bladosini, oskalpowani, martwi. Stanęliśmy przy drugim z mężczyzn, którego akurat miał na warsztacie patolog, i obserwowaliśmy, jak ten wyciąga narządy, które technik obmywał wodą, ogląda je, kroi na kawałeczki i omawia. Stałam najbliżej, ze względu na słaby wzrok, ale też i ciekawość, której nigdy mi nie brakowało. Widziałam każdą gąbczastą tkankę ciachaną w paski stalowym nożem.
Oprócz wrażeń, jakie towarzyszą sekcji zwłok (a towarzyszą, czy się tego chce, czy nie, czy się jest studentem, czy lekarzem), wyniosłam stamtąd jeszcze jedną ciekawą informację: pan patolog też był kiedyś na internie, ale zrezygnował i został patologiem. Może więc... może więc skoro ja nie nadaję się na internistę, powinnam po prostu dać sobie spokój, wynieść się stamtąd z bagażami i pójść na coś zgoła innego? Ciekawe, co by powiedziała szefowa. Pewnie by mnie poparła, z ulgą, że wreszcie na zawsze opuszczam jej oddział.
W ogóle to już ostatnio było lepiej, już byłam całkiem na zerze, a nawet na plusie, maleńkim, cudownym plusiku, a dzisiaj znowu spadłam w dół... Ale dzisiaj miałam powód. Po prostu nie po drodze mi z tą interną. Zawsze coś zrobię źle. Gdy wczoraj cieszyłam się - o tak, byłam całkiem zadowolona! - że nazlecałam pacjentom potrzebnych badań, pozałatwiałam wszystkie papiery, szefowa dziś uświadomiła mnie brutalnie, że a tu nie zleciłam jeszcze rentgena, a powinnam, a tu nie spytałam o to, o tamto. I najgorsze jest to, że ona ma rację. Że ja naprawdę jeszcze nie ogarniam tego, co dzieje się na tym oddziale. 
Cóż, a może zmienić drużynę? Iść na coś, gdzie przyjmą mnie taką, jaka jestem?

niedziela, 5 czerwca 2016

Czyżby chwilowy kryzys?

Mimo wyjścia ze znajomymi z Internetu, o którym pisałam w poprzednim poście, mój humor nie poprawił się, a nawet jeszcze bardziej pogorszył. Słowem, było źle. Nie tak źle, jak już zdarzało się być, ale jednak źle. Znów przypomniałam sobie, co to znaczy mieć pustkę w głowie, zero myśli, trząść się, leżąc w łóżku i myśleć tylko o tym, by to się wszystko skończyło.
Jedyny plus ostatnich dni to to, że miałam umówioną wizytę u psychiatry. Dostałam swoje cukierki, a gdy przyznałam się mu (zresztą po raz pierwszy) do myśli samobójczych, to obiecał, że mogę zadzwonić, kiedy będzie gorzej. Na razie nie było, byle tak dalej.
Mimo jakiejś tam poprawy, nadal moje emocje ograniczają się do bladej sinusoidy smutku i ulgi. W pracy też średnio, szefowa ciągle ma zastrzeżenia i to - niestety - słuszne. Już na studiach było lepiej, dawałam sobie radę, mogłam siedzieć i patrzeć w ścianę, nikogo to nie obchodziło. Nie odzywałam się? To co, przecież i tak zawsze byłam raczej małomówna. Na stażu też jakoś uszło, gdy mi się pogorszyło, siedziałam i bezmyślnie pisałam wypisy, do dzisiaj to pamiętam. Raz tylko było ciekawie, jak przymulona świeżo dostanymi lekami miałam asystować do operacji. Dziwne przeżycie.
Teraz jest źle: trzeba się angażować, myśleć, być ostrożnym, ale i odważnym, trzeba rozmawiać, słuchać, mówić. Ja potrafię to coraz mniej, nie wiem, jak, nie pamiętam, nie rozumiem. To rodzi konflikty, i tak czuję, że coraz mniej mnie tam lubią, poza jedną koleżanką, którą znam jeszcze ze studiów.
Pozostał mi świat książek, blog i kilka stron internetowych, gdzie mogę się udzielać bez żadnej odpowiedzialności.
Boję się.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Ileż można?

Dostałam dziś kwietniowy Opierdol Miesiąca. Marcowy był... no tak, w marcu. Tym razem poszło o niedoczytanie czegoś w opisie radiologicznym. A nawet nie tyle niedoczytanie, bo doczytałam, ale nie zinterpretowałam tego jako patologii, tylko jako stan po przebytym zabiegu. I tu był błąd. No i się zaczęło. 
Generalnie rozchodzi się o to, że szefowa zagroziła mi miesiąc temu usunięciem ze specjalizacji, jak nie zacznę robić postępów. Uważałam, że postępy robię, nawet nie krzyczała już na mnie ostatnio, leki przepisywałam jak trzeba, zlecałam potrzebne badania. No ale. Po dzisiejszym dniu nie wiem, co o tym myśleć. Na razie nie wyznaczyła mi deadline'u na ogarnięcie się, ale nie wiem, nie wiem. Modlę się, by nie spełniła swojej groźby.
Koleżanka z roboty siedziała w dyżurce i udawała, że nie słucha, co było mimo to dość poniżające. Ona sama razem ze mną była na początku niepewna, wahała się, czy to aby na pewno dobra droga. Teraz szefowa ją lubi, a mnie... no mnie nie. I nie wiem już, co robić, by coś się zmieniło. Być bardziej uważna? Więcej się uczyć? I tak siedzę w domu i się uczę wieczorami. Ileż można?!
Nie wiem, czy wystarczy mi tabletek, by było lepiej. Na razie poratowałam się ciasteczkami, swoje leki wzięłam, zobaczymy, czy to pomoże. Na koniec dnia pozostawiłam sobie swój stały "ostatni ratunek": telefon do mamy. Mama zawsze mnie wspiera w takich sytuacjach, wie o wszystkim. Na razie wypłakuję się na blogu.
Tak, to, co mi pozostało, to pisanie.