Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatra. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2019

Recepta

Leczę się, odpoczęłam od pracy. Jest już lepiej, dużo lepiej. Na tyle, że nie będę Wam przez chwilę smęcić o smutach, tylko opowiem historyjkę z zupełnie innej beczki. Mianowicie: kupowanie leków w aptece. 
Wypisałam sobie receptę na dwa leki psychotropowe, które zalecił mi psychiatra, a ja mam je sobie przedłużać do kolejnej wizyty. Zrealizować ją miał mój tata, ponieważ to on właśnie jechał dziś do apteki. Zabrał papierek i pojechał na zakupy. 
Niedługo potem telefon: tata. Odbieram, a na linii farmaceutka, która dzwoni do mnie jako do lekarza, czy ja jako pacjentka mogę przyjąć zamiennik, bo oni na stanie nie mają wypisanego przeze mnie produktu. ;) Ponoć przyszedł nawet kierownik apteki i zainteresował się sytuacją. Spodobało mi się to, że ktoś o mnie dba. ;)
Poza tym zastanawiam się nad sensem mojej dalszej pracy w miejscu, gdzie teraz pracuję. Chciałabym zacząć specjalizację, ruszyć do przodu, może powoli wrócić na dyżury. Najpierw tylko takie do wieczora, jakie udało mi się zaliczyć w ostatnim półroczu (na razie około jeden miesięcznie). 
Chciałabym też w końcu zarabiać porządne pieniądze, zmienić mieszkanie na ładniejsze, a może kiedyś, po terapii, zacząć szukać sobie faceta. A może na początek więcej przyjaciół niż jedną I. ze studiów.
Na razie jednak są to tylko mgliste plany. :)

sobota, 13 lipca 2019

W domu, a jednak jakby poza

Od wczoraj siedzę u rodziców. Czuję się dużo gorzej, więc postanowiłam odpocząć i pojechać. Czekam na pierwszą kłótnię z mamą, co tylko pogorszy mój stan, ale na razie jest miło i przyjemnie. Jest nas w jednym domu siedem osób i trochę mi tu ciasno. Na szczęście mam swój pokój, swoje własne, ciche miejsce.
Byłam u psychiatry i dostałam nowy neuroleptyk. Zobaczymy. Na razie jeszcze jest słabo. Nawet na terapię chodzę regularnie, chociaż na razie rozgrzebujemy tylko bolesne sprawy. Mam wrażenie, że po ostatnich moich problemach, tych w rodzinie, tych w życiu i tych, które mnie bezpośrednio nie dotyczą, raczej mojej rodziny, ale przyprawiają mi bólu głowy, zaczęłam bardziej o siebie dbać. Na pewno pójście na terapię i zapisanie się do psychiatry (po pięciu miesiącach!) było dobrym posunięciem.
W pracy nie jest źle, pacjentów lubię, szefowa jest wyrozumiała. Jedynie kilka osób mnie denerwuje, bo zwierzają mi się non stop ze swoich problemów i opowiadają o swoich rodzinach, a ja oczywiście słucham z uśmiechem, bo inaczej nie umiem. A mam swoje życiem, swoje problemy i cudze mnie gówno obchodzi. No ale ja jestem dobrą ciocią i słucham. 
Ale żeby nie jojczeć tylko, to napiszę, że planuję urlop na wyjeździe. Odpoczynek! Tak bardzo potrzebuję odpoczynku... Pracę lubię, jednak za dużo, za dużo. Może to z przepracowania czuję się coraz gorzej? Pewnie złożyło się na to wiele czynników. 
Na razie wszyscy z rodziny siedzą w ogrodzie, a ja w domu z laptopem. Dzięki temu mam upragniony spokój. Gdy jestem w cudzym domu i muszę spędzać czas z innymi, nie mogę po prostu wyjść, moją chwilą wytchnienia jest zamknięcie się w łazience. Co za ulga! Tutaj, w domu, nie muszę chodzić ciągle siku. Mam własny pokój. A teraz, gdy inni śmieją się na zewnątrz, mam też przestrzeń na dole, w salonie. Słyszę tylko ich śmiech i radosne dialogi, których słów nie rozumiem. Oni mówią w innym języku niż ja. Niż moja głowa. Czasem ja też nie rozumiem języka, jakim mówi moja głowa. 
Czy znów pokłócę się z mamą? Czy jednak do końca będziemy rozmawiać jak dawniej? Udawać, że nic się nie stało, że nazwanie mnie porażką nie miało miejsca? Na razie tak właśnie robimy. Chcemy zachować ten kruchy stan miłości. W końcu rodzice i brat to jedyni ludzie na tym świecie, których kiedykolwiek kochałam.

sobota, 30 marca 2019

Psychiatrą nie jestem, ale pogadać mogę.

Tak, psychiatrą nie zostanę, ale staż z psychiatrii odbyć muszę. Postanowiam ominąć Wielki Psychiatryk, gdzie pewnie jest pełno stażystów, rezydentów i studentów, i iść na pewien mały Oddział Dzienny. :)
Oddział Dzienny to dziwne miejsce. Nie ma tam szpitalnych łóżek, są sale z krzesłami i stołami, przy których siedzą pacjenci i rysują, piszą, tworzą. Nie ma wielkiego obchodu z ordynatorem, są rozmowy: z jednej strony grupa psychiatrów i ja z boku, naprzeciwko pacjent, opowiadający o swoim samopoczuciu. Pacjenci lekarza widzą rzadko - głównie jak sami chcą pogadać, dowiedzieć się czegoś o swojej chorobie, poskarżyć się na objawy albo pochwalić sukcesem. 
Każdy pacjent ma ustalony plan dnia iz tygodnia: zajęcia takie i owakie, psychoterapia, obchód z lekarzami, posiłek, leki. Nie ma zalegania w łóżku, nie ma kroplówek. 
Choroby są różne, właściwie większość podręcznika. Są nerwice, schizofrenia, depresja, fobie, dwubiegunówka, zaburzenia osobowości, uzależnienia. Była pani z otępieniem, która przychodziła po prostu pobyć z ludźmi i poćwiczyć umysł. Ważne było jedno: osoba będzie przychodzić codziennie i pozwoli sobie pomóc. Nie było tu pasów, przymusu bezpośredniego, leków dożylnie, gonitw za pacjentami z cyklu "kto pierwszy przy otwartych drzwiach". Tak, tak było w Szpitalu, w którym byłam studentką. ;) 
Tutaj numerem jeden była rozmowa. Czy to z młodym rezydentem albo starszym specjalistą, taka początkowa, z tabula rasa, o pacjencie nie wiemy nic poza kodem na skierowaniu. Czy to z psychologiem. Czy to z całym gremium na cotygodniowych obchodach. Czy to z lekarzem prowadzącym, na luziektórych, w gabinecie, o życiu, o małych kroczkach ku normalności. 
To były bardzo krótkie dwa tygodnie. Dowiedziałam się tam wiele - o ludziach. O cierpieniu. A każde cierpienie jest inne. Moje zaburzenia nie miały tam miejsca: ja byłam lekarzem i słuchałam innych. Byłam tym, komu inni się zwierzali ze swoich problemów, tak jak ja kiedyś się zwierzałam. A tu byłam zdrowa, piękna i młoda, a kto inny był chory i zagubiony. To była cudowna lekcja. Lekcja empatii i wyzbycia się egoizmu. 
Szkoda, że to tylko dwa tygodnie.

niedziela, 5 czerwca 2016

Czyżby chwilowy kryzys?

Mimo wyjścia ze znajomymi z Internetu, o którym pisałam w poprzednim poście, mój humor nie poprawił się, a nawet jeszcze bardziej pogorszył. Słowem, było źle. Nie tak źle, jak już zdarzało się być, ale jednak źle. Znów przypomniałam sobie, co to znaczy mieć pustkę w głowie, zero myśli, trząść się, leżąc w łóżku i myśleć tylko o tym, by to się wszystko skończyło.
Jedyny plus ostatnich dni to to, że miałam umówioną wizytę u psychiatry. Dostałam swoje cukierki, a gdy przyznałam się mu (zresztą po raz pierwszy) do myśli samobójczych, to obiecał, że mogę zadzwonić, kiedy będzie gorzej. Na razie nie było, byle tak dalej.
Mimo jakiejś tam poprawy, nadal moje emocje ograniczają się do bladej sinusoidy smutku i ulgi. W pracy też średnio, szefowa ciągle ma zastrzeżenia i to - niestety - słuszne. Już na studiach było lepiej, dawałam sobie radę, mogłam siedzieć i patrzeć w ścianę, nikogo to nie obchodziło. Nie odzywałam się? To co, przecież i tak zawsze byłam raczej małomówna. Na stażu też jakoś uszło, gdy mi się pogorszyło, siedziałam i bezmyślnie pisałam wypisy, do dzisiaj to pamiętam. Raz tylko było ciekawie, jak przymulona świeżo dostanymi lekami miałam asystować do operacji. Dziwne przeżycie.
Teraz jest źle: trzeba się angażować, myśleć, być ostrożnym, ale i odważnym, trzeba rozmawiać, słuchać, mówić. Ja potrafię to coraz mniej, nie wiem, jak, nie pamiętam, nie rozumiem. To rodzi konflikty, i tak czuję, że coraz mniej mnie tam lubią, poza jedną koleżanką, którą znam jeszcze ze studiów.
Pozostał mi świat książek, blog i kilka stron internetowych, gdzie mogę się udzielać bez żadnej odpowiedzialności.
Boję się.

niedziela, 8 maja 2016

Szary

Weekend. Siedzę jak ostatni menel, na stole butelki po piwie z wczoraj, nieotwarte pudełko borówek, a ja wyjadam paprykarz szczeciński prosto z puszki. Po jednej stronie laptop z nieśmiertelnymi głupotami na facebooku, po drugiej podniszczona (nie przeze mnie!), książka. Za oknem rozpoczynające się coraz śmielej lato, Słońce wyzierające zza zasłoniętych rolet. 
Takie momenty lubię. Czuję się... jak wszyscy. Jestem małą, szarą osóbką, będącą jak inni, robiącą dokładnie to, co inni, piszącą bloga dokładnie takiego samego jak setki innych lekarzy, studentów medycyny czy kandydatów, które mieszają się w wielkim młynie blogosfery. 
Będąc nastolatkiem, chce się być inni niż wszyscy. Zostaje się emo albo hipsterem, przez co staje się... taki sam jak inni. A ja teraz, już dawno po wieku nastoletnim, chcę być taka, jak inni, anonimowa. I udaje mi się to! Wtapiam się w tłum, uśmiecham ustami duszy, idąc ulicą z obowiązkową siatką z Biedronki, jeżdżę tramwajem wraz z tłumem ludzi, wygnanych piękną, majową aurą z szarych domów.
Po latach rozmów z psychiatrami i psychologami, po garściach małych, białych tabletek, po tysiącach stron powieści, których bohaterowie ukazywali mi, jak żyć, stałam się z moich marzeń wyjętym Szarym Człowiekiem.

:)