Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyżur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyżur. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2019

Recepta

Leczę się, odpoczęłam od pracy. Jest już lepiej, dużo lepiej. Na tyle, że nie będę Wam przez chwilę smęcić o smutach, tylko opowiem historyjkę z zupełnie innej beczki. Mianowicie: kupowanie leków w aptece. 
Wypisałam sobie receptę na dwa leki psychotropowe, które zalecił mi psychiatra, a ja mam je sobie przedłużać do kolejnej wizyty. Zrealizować ją miał mój tata, ponieważ to on właśnie jechał dziś do apteki. Zabrał papierek i pojechał na zakupy. 
Niedługo potem telefon: tata. Odbieram, a na linii farmaceutka, która dzwoni do mnie jako do lekarza, czy ja jako pacjentka mogę przyjąć zamiennik, bo oni na stanie nie mają wypisanego przeze mnie produktu. ;) Ponoć przyszedł nawet kierownik apteki i zainteresował się sytuacją. Spodobało mi się to, że ktoś o mnie dba. ;)
Poza tym zastanawiam się nad sensem mojej dalszej pracy w miejscu, gdzie teraz pracuję. Chciałabym zacząć specjalizację, ruszyć do przodu, może powoli wrócić na dyżury. Najpierw tylko takie do wieczora, jakie udało mi się zaliczyć w ostatnim półroczu (na razie około jeden miesięcznie). 
Chciałabym też w końcu zarabiać porządne pieniądze, zmienić mieszkanie na ładniejsze, a może kiedyś, po terapii, zacząć szukać sobie faceta. A może na początek więcej przyjaciół niż jedną I. ze studiów.
Na razie jednak są to tylko mgliste plany. :)

czwartek, 6 czerwca 2019

Dyżurowe paranoje

Nie dyżuruję od ponad roku. Zmieniłam placówkę, w której pracuję. Miałam przerwę w specjalizacji. Teraz jest dużo lepiej niż było. 
Nadal jednak nie umiem się w pełni zrelaksować. Jeszcze przez kilka miesięcy po zmianie pracy śniły mi się dyżury, śnił mi się SOR, przyjęcia na oddziale. Miałam koszmary o dzwoniących telefonach, o pielęgniarkach zgłaszających zgony i powikłania. Do dziś jak próbuję cieszyć się nocą we własnym łóżku, nachodzą mnie myśli, że to może być sen, że zaraz obudzę się po krótkiej drzemce na dyżurze, przerażona i zmęczona, a na zegarze nie będzie jeszcze nawet trzeciej w nocy. Albo obudzi mnie telefon: ktoś się pogarsza, kogoś boli, ktoś umiera. Minął już rok, a takie myśli nadal mnie prześladują. 
Nadal nie zdobyłam się na to, żeby iść odwiedzić ludzi z oddziału. Mam kupione upominki, ale od roku nie dotarłam do tego miejsca. Miejsca, w którym myśli pędziły jak szalone albo zatrzymywały się w grząskiej mazi, w którym krzykliwa muzyka w uszach uniemożliwiała sen, w którym dzwonił przeklęty telefon. 
Do dziś ogarnia mnie lęk, gdy wibruje moja komórka. Kiedyś oznaczało to "prośbę" szefowej o wzięcie kolejnego dyżuru albo opierdziel za coś, czego nie dopilnowałam w pracy. Zimny głos i jeszcze zimniejszy pot na moim ciele. 
Ciężko mi się o tym pisze, bo rany jeszcze nie są zagojone. Być może jeszcze długo nie będą. Przerwa w specjalizacji pozwoliła mi się wyciszyć, ale nie zapomnieć. Na co dzień jestem szczęśliwa, ale w ciemności wracają demony. 
Jakiś czas temu zaczęłam terapię i tym razem zamierzam ją ukończyć. Mam czas, wyznaczony termin, mam fundusze, mam motywację. I zamierzam raz na zawsze uwolnić się od mojej poprzedniej pracy.

sobota, 11 maja 2019

Pięć kropli

Oto pięć kropli
na zimnej skórze
dyżuranta:

Pierwsza kropla
to kropla kawy
którą pijesz zawzięcie
żeby odpędzić nadchodzące demony
pomaga uśmiechać się
lubić
słuchać.

Druga kropla
to kropla zupy
którą odgrzewasz w mikrofalówce
żeby nabrać sił
przed tą złą dobą
a jesz ją godzinę później
po przyjęciu pacjenta i jednym zgonie.

Trzecia kropla
to kropla potu
gdy nadarzy się Nieznane
jakiś dziwny ból
klatki piersiowej, głowy, ramienia, nogi
a ty dociekasz
robisz badania
a pacjent czeka
na ciebie
bo Ty jesteś jego nadzieją.

Czwarta kropla
to łza
po piątej, siódmej, siedemnastej godzinie
pracy
bez snu
bez wytchnienia
odpowiedzialności
samotności.

Piąta kropla
to rosa
na zielonej trawie przed szpitalem
po dwudziestu czterech godzinach
pracy
tak piękna, pachnąca świeżością
po dobie wdychania
stęchlizny dyżurki.

środa, 19 grudnia 2018

Jak rok temu ryczałam przez całą noc.

Nie, to nie był PMS, to nie była depresja ani nawet nie rzucił mnie chłopak. Ale od początku.
Jak pracowałam w Dużym Szpitalu, to dyżurowałam. Dyżurowałam we dnie i w nocy, w tygodniu i w weekendy, w dni powszednie i w święta. Dyżurowałam także w czasie Wielkanocy, Bożego Narodzenia i Sylwestra. Nie mówiąc już o własnych urodzinach. 
Dyżurował tak każdy rezydent, pod groźbami nieukończenia specjalizacji, wyrzucenia z pracy i takich tam. Część się na to godziła, część odchodziła z pracy. Nie pytajcie, ale pewnie dałoby się to jakoś załatwić prawnie, ale nikt nie miał na to siły. Lepiej było odejść. Tak jak i ja. Byliśmy tchórzami, ale w tym momencie gówno mnie obchodzi, co się tam teraz dzieje (odeszli prawie wszyscy rezydenci, poza kilkoma z syndromem sztokholmskim, o których pisałam w innej notce, im tam dobrze). 
No ale do rzeczy. 
Dwa lata z rzędu miałam dyżur w Boże Narodzenie. Rok temu 25 grudnia. Nie było mowy o wyjeździe na święta do rodziny, więc rodzina przyjechała do mnie. Szykowałam się na to tygodniami, sprzątałam, wymyślałam potrawy, kupowałam prezenty. Przyjechali w Wigilię po południu. Pobyli kilka naprawdę cudownych godzin. Zjedliśmy wigilijne potrawy, wręczyliśmy sobie podarki. I... rozstaliśmy się. 
W Sylwestra miałam mieć dyżur, więc ta okazja do spotkania odpadła. Zostałam sama w pięknie wysprzątanym, pachnącym, PUSTYM mieszkaniu. Rano dyżur.
Wtedy miałam takiego doła, jaki już mi się przez ten rok nigdy więcej nie zdarzył, a miewałam wiele gorszych dni. Płakałam w poduszkę pół nocy, nie bacząc na to, że rano wstanę niewyspana. Było mi zwyczajnie, po prostu źle.
W tym roku jadę do rodziny i spędzimy razem całe piękne święta. Taką mam przynajmniej nadzieję. :)

piątek, 2 marca 2018

Dwadzieścia osiem godzin (SOR)

Godzina zero: siódma rano, wstaję z łóżka, jestem przymulona, a budzik bezlitosny.
Godzina pierwsza: docieram do pracy, przebieram się. Zaczynam funkcjonować.
Godzina druga: pierwsi pacjenci przychodzą, już jedną chorą mam zbadaną. SOR rozkręca pracę.
Godzina trzecia: poczekalni powoli się wypełnia, na razie leniwie.
Godzina czwarta: ktoś przychodzi, ktoś czeka. Kończę swoją "działkę", zaczyna badać koleżanka.
Godzina piąta: bada koleżanka, ja sprawdzam wyniki swoich pacjentów.
Godzina szósta: znowu ja badam. Wypisałam pierwszych chorych. Kogoś z przeziębieniem, kogoś z bólem brzucha bez zmian w badaniach. Reszta czeka.
Godzina siódma: kończę swoją działkę. Jeszcze jeden pacjent, który czeka w poczekalni. Reszta koleżanki.
Godzina ósma: znowu kilka osób wypisałam, pacjenci się cieszą. Dwie osoby przyjęłam na oddział.
Godzina dziewiąta: mam ciężkiego pacjenta, trzeba go szybko przyjąć do szpitala.
Godzina dziesiąta: badam nowych chorych, znowu kilka osób przyjęłam do szpitala, na szczęście nie wszystkich na Oddział Interny. Dwie osoby poszły na Oddział Kardiologii.
Godzina dziesiąta: złażą się. Nagle zakwalifikowali do nas kilka osób naraz. Badamy.
Godzina jedenasta: pierwszy dzisiaj pijany pacjent. Badamy, czując woń alkoholu.
Godzina dwunasta: minęło pół doby od wstania z łóżka. Badam dalej. Pacjenci nadal przychodzą licznie na SOR.
Godzina trzynasta: minęła połowa dyżuru. Kilka osób zalega nam w poczekalni, ktoś siedzi w gabinecie. Reszta czeka na wyniki badań.
Godzina czternasta: coraz mniej osób przychodzi na SOR. Badamy.
Godzina piętnasta: wypisujemy, kogo się da, jednak wiele osób nadal czeka na wyniki badań.
Godzina szesnasta: większość wypisana, kilka nowych osób dopiero kierujemy na badania. Będzie impreza w nocy.
Godzina siedemnasta: Północ. Jedna z nas idzie odpocząć, druga przyjmuje. Ja mam iść odpocząć, jednak mam trzy osoby do wypisania. Piszę wypisy.
Godzina osiemnasta: skończyłam wypisywać tych, co nie kwalifikują się do przyjęcia do szpitala. Jeszcze jedna osoba czeka na wyniki.
Godzina dziewiętnasta: wszyscy wypisani, kilka osób czeka na przyjęcia na oddział. Idę się zdrzemnąć.
Godzina dwudziesta: trochę przysnęłam, dzwoni budzik.
Godzina dwudziesta pierwsza: moja działka, przychodzi pacjent, przyjmuję.
Godzina dwudziesta druga: pojedynczy pacjenci się schodzą, badam, zlecam badania.
Godzina dwudziesta trzecia: w sumie mam na stanie tylko pięciu chorych. Dwoje czeka na przyjęcie na oddział, troje na wyniki.
Godzina dwudziesta czwarta: doba od wstania z łóżka. Ktoś przychodzi, badam.
Godzina dwudziesta piąta: koniec dyżuru! Zdaję pacjentów następnym dyżurnym.
Godzina dwudziesta szósta: chorzy przekazani następnym, pogadałam chwilę z lekarką z oddziału. Wychodzę do domu.
Godzina dwudziesta siódma: jestem w domu, zdejmuję ubrania, idę pod prysznic, wchodzę do łóżka. Jestem zbyt zmęczona, by zasnąć, mam mdłości.
Godzina dwudziesta ósma: zasypiam.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Szczęście. Ulga. 24 godziny.

Dwadzieścia cztery godziny uśmiechu, elegancji, profesjonalizmu i bieli. Dwadzieścia cztery godziny w sztywnych ramach i sztywnych ubraniach. Dwadzieścia cztery godziny pracy.

To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach wchodzisz do własnego mieszkania.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach rozpinasz guzik od ciasnych spodni.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach zdejmujesz skarpetki.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach zdejmujesz stanik.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach wchodzisz pod gorący prysznic.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach otwierasz piwo.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach odgrzewasz sobie posiłek.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach bezkarnie zanurzasz się w internecie.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach kładziesz twarz na poduszce.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach przykrywasz się miękką kołdrą.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach nie masz przy głowie słuchawki telefonu.

Tego nie da się opisać.

niedziela, 19 listopada 2017

Dyżury a specjalizacja - subiektywnie.

Rozmawiałam ostatnio ze znajomymi i za sprawą kolegi-rezydenta, specjalizacji innej niż moja, pojawił się temat dyżurów i ich ciężkości. Skłoniło mnie to do pewnych przemyśleń, jako że na kilku oddziałach już pracowałam i z różnymi rezydentami i specjalistami różnych dziedzin o dyżurach zdarzało mi się rozmawiać.
Mianowicie prawie zawsze opowieści o dyżurach naszpikowane były dramatyzmem, brakiem snu, niebywałym zmęczeniem. No jak to po dyżurze, w końcu doba w pracy to trochę przydużo jak na normalny rozkład aktywności dziennej (i nocnej). Z typowych opisów dyżuru wyłania się jednak obraz pracy non-stop, biegania bez możliwości zjedzenia kanapki, pójścia do toalety, a takie słowo jak "sen" zostaje w ogóle zapomniane. 
Jedynymi (!) specjalistami (czy też rezydentami), których opinie były zgoła inne, byli psychiatrzy. Tak, na specjalizacji z interny jest staż z psychiatrii, co może trochę dziwić, ale przynajmniej człowiek coś tam sobie poogląda. I posłucha - na przykład o dyżurach. Tak więc z relacji samych psychiatrów dyżury tamże są całkiem lekkie, przyjemne, rozdaje się wieczorem Relanium czy Lorafen i idzie spać. Luzik. 
A co wynika z moich własnych, subiektywnych obserwacji? 
Każdy po dyżurze jest zmęczony. Jednak specjaliści "somatyczni", dokładnie tak samo, jak psychiatrzy, zostają często po dyżurze coś zrobić na oddziale, ba, na niektórych oddziałach robią jeszcze regularny obchód. Idą też do innych prac. Nie umierają ze zmęczenia (przynajmniej większość, bo z relacji mediów czasem umierają...). W każdym razie poziom zmęczenia somatyków i psychiatrów nieróżni się jakoś szczególnie. 
Co do snu, to wiadomo, że sen na dyżurze jest raczej lekki, mało odprężający i przerywany, ale z reguły... no jest. Kolega z anestezjologii wieczorami opowiada o tym, jak to u nich jest ciężko i W OGÓLE się nie śpi, a rano zdaje relację, że właściwie o północy to on już się położył i chyba to na dyżurze przespał więcej niż w czasie poimprezowej nocy. ;) 
Dlaczego więc tak różne relacje, a może i własne odczucia, między psychiatrami i resztą?

niedziela, 8 października 2017

Człowieczeństwo.

Standardowy dzień, może to środa, może sobota. Powoli dogorywa lato. Na SOR kwitnie życie, ludzie przychodzą, wychodzą, biegają i czekają. Chorzy, ratownicy, pielęgniarki, lekarze. Wszystko toczy się zwykłym, szybkim trybem: pacjent wchodzi, dokumentacja, opaska na rękę, do lekarza. Potem badanie, założenie wkłucia, pobranie krwi, rentgen. Diagnoza i na oddział albo do domu. Jak to na SOR.
Jesteś tu pacjentem, czekasz na swoją kolej, gdy ktoś wyjdzie i wypowie twoje nazwisko. A może jesteś chirurgiem, który jak na taśmie opatruje rany głowy, rąk, nóg. Albo ratownikiem, który przywozi pacjenta do gabinetu zabiegowego, pobiera krew, skanuje kod i wysyła probówki z czyjąś krwią do laboratorium. A czy nie jesteś sanitariuszem, który z tymi probówkami biega, gdy już przywiezie pacjenta z tomografii?
Kimkolwiek jesteś, nie wiesz, że internista właśnie ma zjazd. Siedzi w gabinecie, przed nim pacjent na kozetce opowiada ostatni dzień swojego życia, komputer nieśmiało świeci, zza drzwi dociera lekki szum, a jego myśli grzęzną powoli w niebycie. Mózg zwalnia, impulsy między neuronami początkowo jeszcze walczą, potem zatrzymują się na dobre. Internista spogląda na pacjenta, słucha go, ale nie słyszy, patrzy, ale nie widzi. Ręce piszą coś na klawiaturze, potem się zatrzymują. W głowie jest biało. Nic. Słowa pacjenta przebijają się przez metr betonu. 
Przebijają się, przebijają i w końcu docierają do internisty, jakiś samotny neuron poraża prądem kolegę obok. Ręka drży i zapisuje na czarnych klawiszach. Potem znowu pustka. Oczy gasną. Ale pacjent tego nie widzi, on tu przyszedł z problemem, z chorobą. 
Lekarz wysłuchuje chorego, zapisuje znaną sobie formułkę, choroby przewlekłe. "Cukrzycę neguje, nadciśnienie tętnicze neguje." Zleca panel badań laboratoryjnych, wszystko, co może, żeby nic nie pominąć. Rentgen. Brzuch boli? Biegunki, wymioty? Dajmy USG brzucha. Pacjent wychodzi, idzie czekać dalej, lekarz z mozołem przedziera się przez basem smoły własnych myśli. W głowie dalej biało.
Jedna, druga kawa, przerwa. Po południu zaskakuje. Impulsy między neuronami zaczynają się rozkręcać, gęsta melasa między nimi rozluźnia się, biel przechodzi w szarość, w płynący powoli kalejdoskop barw. Mur z betonu rozpada się, zwęża, słowa docierają do internisty, który zapisuje je, przyswaja, przerabia i wypluwa jako kolejne zlecenia. 
Machina SOR ze zwyczajnym turkotem toczy się dalej, jak na filmie, nie niemym, lecz szumiącym. Ludzie wchodzą, wychodzą, siedzą, stoją, idą. Bo tu wszyscy są ludźmi, chociaż niektórzy chorymi, a niektórzy personelem. Magiczny podział a człowieczeństwo.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Typowy SOR.

SOR o północy zaczyna pustoszeć, przychodzą pojedynczy pacjenci. Niedobitki świeżo przydzielonych do internisty siedzą na krzesełkach, a czekający na badania lub przyjęcie na oddział leżą na kozetkach w wielkiej sali obserwacyjnej. Tego dnia jest spokojnie, nie ma tłumów, na badania czeka się najwyżej godzinę, a jeśli nie ma w gabinecie pacjenta, to dużo krócej. Na przyjęcie na oddział czekają dwie osoby, kilka dogorywa jeszcze na fizelinowych prześcieradłach, bo w systemie status ich badań ciągle jest szary - "realizowane'. 
O północy powoli kończą się biegunki, bóle w klatce piersiowej, wymioty, coraz mniej osób idzie do internisty, coraz więcej z rozbitymi po pijaku głowami do ortopedy i chirurga. Oczyściłam już poczekalnię, wysłałam na oddział, kogo było trzeba, siedzę przed komputerem i odświeżam system. Nagle pojawiają się dwie pacjentki.
Czytam dane pierwszej z Triage: Monika Witkowska, lat 36, złe samopoczucie, osłabienie. Cóż, to może być właściwie wszystko i nic. Druga: Agnieszka Lewandowska, lat 23, zakażenie dróg moczowych. Może przejdzie w sepsę? SOR to SOR, badania zrobić trzeba.
Pierwsza pani, Monika, okazuje się być w stanie wyklętym, czyli mieć kaca. Neguje wszelkie inne używki, ale drinków sobie nie szczędziła. Miła, grzeczna, spokojna, tylko tak strasznie źle się czuje! Słabo, niedobrze! Ale impreza super była.
Druga chodzi właściwie z zapaleniem pęcherza od tygodnia, ale jakoś bardziej boli dzisiaj. Antybiotyku nie brała, nawet Furaginy bez recepty, bo nie pomyślała. A tu boli, piecze przy sikaniu. Do POZ nie pójdzie, bo jest na wakacjach. Prawie z plaży przyszła.
Tak, to są pacjentki na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Na początku były całkiem zadowolone, że dostaną kroplówkę, ale jak położyłam je na sali obserwacyjnej przy krzyczącym stulatku w ciężkim stanie, którym zajmowali się chirurdzy, kilkoma błądzącymi delirkowcami i pacjentką z ostrą biegunką po chemioterapii, którą nawadniałam, to nagle obie przyszły, że błagają o wypis. No ale co sobie się poleczyły, to ich.
I teraz nie należy tu przegapić czegoś naprawdę ważnego.

piątek, 28 lipca 2017

Pierwszy SOR - co i jak

Zaczynasz dyżury na SOR? A może dopiero planujesz? Podam Ci kilka anty-rad! ;) Pięć sposobów, aby być "TYM LEKARZEM", o którym się chichocząc rozprawia w gabinetach lekarskich na porannej odprawie. A oto szczęśliwa siódemka:
1. Nie szalej z dokumentacją. Podczas chwili na badanie nie pisz tego, co powie Ci pacjent, nie opisuj badania. Zlecenia też zrobisz, jak już chory będzie leżał na sali obserwacyjnej. Będziesz miał czas między pacjentami, zrobisz to potem. Masz świetną pamięć, wszystko odtworzysz spokojnie, nawet jeśli to Twój szesnasty pacjent tego dnia. Badania laboratoryjne też masz obcykane na tyle, że bez patrzenia zlecisz to, co powinieneś w tym przypadku.
2. Nie staraj się być miłym dla chorych. Siedzisz tu którąś godzinę, bez odpoczynku - należy Ci się chwila odreagowania. Jak nie hukniesz na pacjenta za cokolwiek to zwariujesz i będziesz bardziej zmęczony. Poza tym bezczelny lekarz pokazuje swoją wyższość nad pacjentem, a hierarchia na tym oddziale jest bardzo ważna.
3. Nie pytaj koordynatora SOR o przeniesienia pacjentów. Zwłaszcza do innych szpitali. A co jeśli koordynator wciśnie na powiat innego pacjenta? A jeśli okaże się, ze na Kardiologii nie ma miejsc? Najlepiej zakładaj historię choroby potajemnie i wysyłam sanitariusza z pacjentem od razu, a nuż przyjmą. W końcu jak już pacjent jest fizycznie na korytarzu, to trudniej mu odmówić wejścia na oddział, prawda?
4. Nie pisz zleceń na następny dzień. A skąd wiesz, czego pacjent będzie potrzebował? Lekarz, który Cię zmienia rano, podejdzie do wszystkich pacjentów natychmiast (lekarze są zdolni, podejdą do wszystkich jednocześnie) i zleci im leki. Nawet antybiotyki, które muszą być podawane o konkretnych godzinach, często dość wcześnie.
5. Nie przejmuj się czasem pielęgniarek i ratowników. Przecież oni tylko siedzą i kawkę popijają. Daj połowę zleceń, poczekaj, przemyśl, zjedz czekoladkę, resztę zleceń oddaj później. Badania krwi? Bez przesady, póki pacjent żyje i serce mu bije, to można ukłuć żyłę jeszcze raz i jeszcze raz. Jak chory to musi boleć - wytrzyma. 
6. Kolory "TRIAGE"? Co to niby ma być? Jakieś bóle w klatce piersiowej szybciej niż pryszcz na skórze? Zapomnij! Przyjmuj wszystkich po kolei, na spokojnie, nie spiesz się. Każdy człowiek ma taki sam organizm, dwie ręce, dwie nogi, każdy może poczekać. 
7. Drugi internista na SOR? Po co Ci on? A no tak, wiadomo, żeby przyjmować pierdoły. Ty tu jesteś od najlepszych przypadków, znasz się na swojej działce (nawet jeśli jesteś dopiero w trakcie specjalizacji). Nikt Ci nie będzie mówił, jak żyć - i jak leczyć. W końcu Bóg jest tyko jeden.

Tym też akcentem pozdrawiam Was i dziękuję za wysłuchanie!

czwartek, 15 czerwca 2017

Grzech pychy

Gdy robisz na dyżurze wieczorny obchód, wielu pacjentów czegoś chce. Niektórzy tylko tabletkę na sen, więc dajesz. Inni za to się duszą, krztuszą, coś ich boli, uwiera, krzyczą. Kończysz obchód z zapełnioną "listą potrzeb", bierzesz zlecenia i cierpliwie na kartce "leki jednorazowe" wpisujesz wszystko: leki przeciwbólowe, na duszność, a to sterydy, a to kroplówki, a to ampułkę leku moczopędnego. 
Liczysz na to, że pacjent przestanie cierpieć, to raz, że się nie pogorszy, to dwa, że nie umrze do rana, to trzy. Po obchodzie jeszcze kilku zdrowotnych rozbitków dzwoni białym dzwonkiem. Pielęgniarki wołają: pan Kowalski się dusi, panią Nowak boli brzuch, pani Malinowska chce coś na sen, tylko zapomniała powiedzieć. Chodzisz, badasz nieszczęśnika, wypełniasz zlecenia. Przy okazji dajesz pić panu Lewandowskiemu, bo nie sięga wody ze stolika. Pilnujesz, dbasz. Dzieje się, ot dyżur.
Nadchodzi noc, właściwie już blisko do rana, przyjąłeś wszystkich pacjentów, nie masz więc już wolnych miejsc na oddziale, dałeś te milion zleceń, przetoczyłeś wszystkie jednostki krwi, rozpisałeś insuliny, zjadłeś, wypiłeś kawę i chcesz wtoczyć się pod kocyk i do szóstej zamknąć oczy. Ale przecież tyle się działo.
I to cudowne uczucie, gdy ostatni raz przechodzisz przez oddział, a tam nikt nie krzyczy, nikt nie jęczy, a z każdych otwartych drzwi do sali rozlega się głośne... chrapanie. ;) Zamykasz te oczy pod tym kocem, resetujesz się jak najszybciej, a od szóstej do ósmej ostatnia prosta. 
Jakiś czas temu odbyła się u nas w dyżurce dyskusja na temat dyżurowania w weekendy. Zadziwiła mnie wypowiedź jednego ze starszych lekarzy - zagorzałego PIS-owca, "wierzącego niepraktykującego", klnącego na każdym kroku, którego ulubionymi słowami są "ruchać", "bzykać", "chuj", "pizda" i podobne. Mianowicie stwierdził, iż lekarz, jako że poświęca się dla innych, po śmierci idzie prosto do nieba, niezależnie od postępowania za życia. Myślę, że przy wszystkich grzechach, które popełnia, a i które popełniamy przecież wszyscy, grzech pychy przebija się u niego na pierwszy plan...

niedziela, 28 sierpnia 2016

Dyżurowo



Piszę ze swojego pierwszego niedzielnego dyżuru. Pełne dwadzieścia cztery godziny samotnie w pracy. I po raz pierwszy bez wsparcia starszych lekarzy, gdyż nie mam nikogo znajomego na Oddziale Ratunkowym. Po pierwszych kilku godzinach dyżuru miałam już jedno toczenie krwi, obchód całego oddziału, zlecenia wielu leków, głównie przeciwbólowych, konsultację internistyczną na kardiologii, kontrolę leczenia przeciwkrzepliwego u kilku pacjentów, a także zamawianie na cito krwi u pacjentki, której od wczoraj spadła hemoglobina, co zauważyłam tylko dlatego, że coś mnie tknęło i sprawdziłam. Ach, no i zapomniałabym o kilku rodzinach pacjentów, które koniecznie dziś, w niedzielę, musiały porozmawiać na temat swoich bliskich. Dla każdego znalazłam chwilkę, w końcu gdyby mój krewny trafił do szpitala, sama też popędziłabym dowiadywać się, co się z nim dzieje.
Oprócz tego kupiłam sobie trzy kawy i zdołałam napisać ten tekst. Nawet nie zauważyłam, jak minęło siedem godzin! Spędzam swoje życie w pracy... Może zdołam się nawet zdrzemnąć w nocy? Na pierwszym dyżurze nie udało mi się to, ale na następnych już tak. Ta niedziela jest pracowita, ale noc zapowiada się spokojnie, gdyż nie mamy wielu wolnych miejsc na oddziale, co oznacza, że będzie mało przyjęć. A SOR-owcy lubią przysyłać nam pacjentów w nocy, gdy wszyscy inni chorzy smacznie już śpią.
Kawa się kończy, otwieram ciasteczka. Telefon.
- Pani doktor, proszę o zlecenie na krew dla pana Berdzkiego.
- Jasne, już lecę.
- No chyba że pani woli toczyć po nocy – śmieje się pielęgniarka.
- O nie!
W nocy to jam mam zamiar chociaż na chwilę zawinąć się w kocyk. Zanoszę potrzebną kartkę, idziemy z pielęgniarką, panią Anią, zmierzyć temperaturę. Trzydzieści siedem cztery. Toczymy. Opiekunka medyczna idzie z dokumentem po krew, a ja wracam do dyżurki i zaglądam na facebooka. W biegu odpisuję cieszącym się wakacjami internetowym znajomym.
O piętnastej mija ósma godzina dyżuru – jedna trzecia za mną. Już się cieszę na ósmą trzydzieści, kiedy to po odprawie i po przeczytaniu raportu mojego autorstwa wyjdę z dużego, białego budynku w brzoskwiniowej spódniczce na piękną, letnią, słoneczną pogodę doprawioną poranną rześkością.
Pozdrawiam was wszystkich z dyżuru! :)