Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2020

I wtedy przyszedł maj...!

Mija sześć lat od kiedy skończyłam studia i uzyskałam dyplom lekarza. Sześć długich i krótkich lat. Tyle, ile trwały same studia. 
Przez te sześć lat osiągnęłam niebo i piekło, kilka razy dostałam od życia w łeb kijem (bez marchewki), kilka razy trafiła we mnie boska cząstka. A kilka razy byłam lekarzem.
Skończyłam staż podyplomowy w terminie, mimo groźby zawalenia z powodu frekwencji. Zaczęłam specjalizację, którą zawiesiłam, a po miesiącu bezrobocia - rzuciłam. Teraz jestem w punkcie życia, gdzie być może zaczyna się stabilizacja. Gdzie nie czeka się na przydział, tylko składa CV.
Mam przyjaciół.
Nie wierzę w zapeszanie, więc napiszę: od pięciu miesięcy czuję się po prostu dobrze.

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Happiness & poetry

Siedzę i czytam tomik wierszy, który wylicytowałam na aukcji charytatywnej. Dobry tomik dobrych wierszy. Emocje skondensowane, kolaps świata w jednej chudej książeczce. Podziwiam poetów, którzy potrafią zawrzeć swoje Ja w jednym tomiku. Streścić siebie do tych strof ciekawych dla świata. Sekrety zostają w szufladzie, a to, co ma świecić - zostaje ukazane.Pisarze prozy mają więcej słów do dyspozycji. Blogerzy też.
Zdarza mi się tworzyć wiersze. Te o medycynie znają inni, te niemedyczne na razie trzymam w szufladzie. Które z nich okażą się definicją mnie? Jądro ciemności czy elektrony pacjentów?
Wysłałam swoje opowiadanie na konkurs. Nie wygram z lepszymi, ale już wygrałam ze sobą. Jak byłam dzieckiem wygrałam konkurs literacki opowiadaniem o kupowaniu zupki chińskiej. To była jedyna praca, jaką kiedykolwiek w ten sposób upubliczniłam. Aż do teraz. Pomalutku będę próbować swoich sił.
Co zaś dla mnie najważniejsze: piszę pamiętnik, właściwie opis moich lęków, marzeń, górek i dolin. A nad tym wszystkim medycyna, medycyna, medycyna! Studia, praca.
"Pierwsza cegiełka z mojego starannie budowanego świata odpadła jeszcze na trzecim roku. Wtedy, gdy na przełomie wiosny i lata niemalże wybiegałam z domu, by większość dnia spędzić z moją najlepszą przyjaciółką – medycyną. Gdy na gros zajęć uczęszczałam z własnej woli, dodatkowo, nie zaś z obowiązku regulowanego planem zajęć. Gdy moje zainteresowania tryskały mi z głowy niczym małe fontanny, a każdy oddział, każdy pacjent przedstawiał nowe drogi kształcenia."
Tak zaczyna się moja przygoda z poważniejszym pisaniem. Więcej nie upublicznię. ;)
A teraz wracam do poezji opowiadającej o dalekich od mojego światach - o innych ludziach.

czwartek, 9 kwietnia 2020

Lato lato, lato czeka (random title of the poem)

Na nic

Na nic są zbroje, na nic kolczugi
na nic karabin, na nic miecz długi
na nic armaty i na nic kule
na nic lamenty i na nic bóle

Na nic są skargi do ministerstwa
na nic są kłamstwa, na nic oszczerstwa

Na nic pancerze, srebrne okucie
gdy kamyk w bucie.

wtorek, 1 października 2019

Recepta

Leczę się, odpoczęłam od pracy. Jest już lepiej, dużo lepiej. Na tyle, że nie będę Wam przez chwilę smęcić o smutach, tylko opowiem historyjkę z zupełnie innej beczki. Mianowicie: kupowanie leków w aptece. 
Wypisałam sobie receptę na dwa leki psychotropowe, które zalecił mi psychiatra, a ja mam je sobie przedłużać do kolejnej wizyty. Zrealizować ją miał mój tata, ponieważ to on właśnie jechał dziś do apteki. Zabrał papierek i pojechał na zakupy. 
Niedługo potem telefon: tata. Odbieram, a na linii farmaceutka, która dzwoni do mnie jako do lekarza, czy ja jako pacjentka mogę przyjąć zamiennik, bo oni na stanie nie mają wypisanego przeze mnie produktu. ;) Ponoć przyszedł nawet kierownik apteki i zainteresował się sytuacją. Spodobało mi się to, że ktoś o mnie dba. ;)
Poza tym zastanawiam się nad sensem mojej dalszej pracy w miejscu, gdzie teraz pracuję. Chciałabym zacząć specjalizację, ruszyć do przodu, może powoli wrócić na dyżury. Najpierw tylko takie do wieczora, jakie udało mi się zaliczyć w ostatnim półroczu (na razie około jeden miesięcznie). 
Chciałabym też w końcu zarabiać porządne pieniądze, zmienić mieszkanie na ładniejsze, a może kiedyś, po terapii, zacząć szukać sobie faceta. A może na początek więcej przyjaciół niż jedną I. ze studiów.
Na razie jednak są to tylko mgliste plany. :)

sobota, 14 września 2019

Gdy się jest bardzo szczęśliwym...

Gdy się jest bardzo szczęśliwym, spada się z bardzo wysokiego konia. Nagle okazuje się, że ma się nową pracę, dyżury, obowiązki i wydatki, a nie jest się na to zupełnie przygotowanym. Że to, co robiło się przez ostatnie miesiące, nie ma swojej dalszej ścieżki w obecnym życiu. 
Byłam na konsultacji w szpitalu, dostałam leczenie, na razie czekam. Czekam, aż znowu będę tu pisać o swoich sukcesach. Będzie tak? Teraz trudno jest mibto sobie wyobrazić, ale... przecież jestem lekarzem. Zdałam studia, staż, pół specjalizacji, wiele kursów, konferencji, wszystko na dobre stopnie. Wiem, jak przebiegają choroby i ich leczenie.
Może niedługo napiszę więcej.

sobota, 13 lipca 2019

W domu, a jednak jakby poza

Od wczoraj siedzę u rodziców. Czuję się dużo gorzej, więc postanowiłam odpocząć i pojechać. Czekam na pierwszą kłótnię z mamą, co tylko pogorszy mój stan, ale na razie jest miło i przyjemnie. Jest nas w jednym domu siedem osób i trochę mi tu ciasno. Na szczęście mam swój pokój, swoje własne, ciche miejsce.
Byłam u psychiatry i dostałam nowy neuroleptyk. Zobaczymy. Na razie jeszcze jest słabo. Nawet na terapię chodzę regularnie, chociaż na razie rozgrzebujemy tylko bolesne sprawy. Mam wrażenie, że po ostatnich moich problemach, tych w rodzinie, tych w życiu i tych, które mnie bezpośrednio nie dotyczą, raczej mojej rodziny, ale przyprawiają mi bólu głowy, zaczęłam bardziej o siebie dbać. Na pewno pójście na terapię i zapisanie się do psychiatry (po pięciu miesiącach!) było dobrym posunięciem.
W pracy nie jest źle, pacjentów lubię, szefowa jest wyrozumiała. Jedynie kilka osób mnie denerwuje, bo zwierzają mi się non stop ze swoich problemów i opowiadają o swoich rodzinach, a ja oczywiście słucham z uśmiechem, bo inaczej nie umiem. A mam swoje życiem, swoje problemy i cudze mnie gówno obchodzi. No ale ja jestem dobrą ciocią i słucham. 
Ale żeby nie jojczeć tylko, to napiszę, że planuję urlop na wyjeździe. Odpoczynek! Tak bardzo potrzebuję odpoczynku... Pracę lubię, jednak za dużo, za dużo. Może to z przepracowania czuję się coraz gorzej? Pewnie złożyło się na to wiele czynników. 
Na razie wszyscy z rodziny siedzą w ogrodzie, a ja w domu z laptopem. Dzięki temu mam upragniony spokój. Gdy jestem w cudzym domu i muszę spędzać czas z innymi, nie mogę po prostu wyjść, moją chwilą wytchnienia jest zamknięcie się w łazience. Co za ulga! Tutaj, w domu, nie muszę chodzić ciągle siku. Mam własny pokój. A teraz, gdy inni śmieją się na zewnątrz, mam też przestrzeń na dole, w salonie. Słyszę tylko ich śmiech i radosne dialogi, których słów nie rozumiem. Oni mówią w innym języku niż ja. Niż moja głowa. Czasem ja też nie rozumiem języka, jakim mówi moja głowa. 
Czy znów pokłócę się z mamą? Czy jednak do końca będziemy rozmawiać jak dawniej? Udawać, że nic się nie stało, że nazwanie mnie porażką nie miało miejsca? Na razie tak właśnie robimy. Chcemy zachować ten kruchy stan miłości. W końcu rodzice i brat to jedyni ludzie na tym świecie, których kiedykolwiek kochałam.

czwartek, 6 czerwca 2019

Dyżurowe paranoje

Nie dyżuruję od ponad roku. Zmieniłam placówkę, w której pracuję. Miałam przerwę w specjalizacji. Teraz jest dużo lepiej niż było. 
Nadal jednak nie umiem się w pełni zrelaksować. Jeszcze przez kilka miesięcy po zmianie pracy śniły mi się dyżury, śnił mi się SOR, przyjęcia na oddziale. Miałam koszmary o dzwoniących telefonach, o pielęgniarkach zgłaszających zgony i powikłania. Do dziś jak próbuję cieszyć się nocą we własnym łóżku, nachodzą mnie myśli, że to może być sen, że zaraz obudzę się po krótkiej drzemce na dyżurze, przerażona i zmęczona, a na zegarze nie będzie jeszcze nawet trzeciej w nocy. Albo obudzi mnie telefon: ktoś się pogarsza, kogoś boli, ktoś umiera. Minął już rok, a takie myśli nadal mnie prześladują. 
Nadal nie zdobyłam się na to, żeby iść odwiedzić ludzi z oddziału. Mam kupione upominki, ale od roku nie dotarłam do tego miejsca. Miejsca, w którym myśli pędziły jak szalone albo zatrzymywały się w grząskiej mazi, w którym krzykliwa muzyka w uszach uniemożliwiała sen, w którym dzwonił przeklęty telefon. 
Do dziś ogarnia mnie lęk, gdy wibruje moja komórka. Kiedyś oznaczało to "prośbę" szefowej o wzięcie kolejnego dyżuru albo opierdziel za coś, czego nie dopilnowałam w pracy. Zimny głos i jeszcze zimniejszy pot na moim ciele. 
Ciężko mi się o tym pisze, bo rany jeszcze nie są zagojone. Być może jeszcze długo nie będą. Przerwa w specjalizacji pozwoliła mi się wyciszyć, ale nie zapomnieć. Na co dzień jestem szczęśliwa, ale w ciemności wracają demony. 
Jakiś czas temu zaczęłam terapię i tym razem zamierzam ją ukończyć. Mam czas, wyznaczony termin, mam fundusze, mam motywację. I zamierzam raz na zawsze uwolnić się od mojej poprzedniej pracy.

niedziela, 3 lutego 2019

"Czy warto było spalać się", czyli przemyślenia

Tak się zastanawiam. Czy wybrałabym medycynę po raz drugi? Czy gdyby cofnąć czas albo, co bardziej prawdopodobne, dać mi pieniądze na nowy start, kontynuowałabym to, co robię? 
Myślę, że odpowiem tak, jak odpowiedziała większość lekarzy na Konsylium24, lekarskim forum. Nie. Ale... dlaczego? Nie, nie chodzi mi o zarobki, na nie nie narzekam. Mam duże dopłaty, dodatki. Stać mnie na utrzymanie siebie i dopłacanie rodzinie. Nie chodzi mi o atmosferę pracy, chociaż wiem z doświadczenia, że ta bywa obrzydliwa i deprymująca. Teraz nie narzekam. Nie chodzi mi o przepracowanie, bo bez dobowych dyżurów nie narzekam też na czas pracy. Śpię w nocy, pracuję w dzień, kończę po południu i mam czas dla siebie. Więc...?
Więc odpowiedzialność. Teraz daję radę, ale już czuję jej oddech na plecach. Wszystko, co zrobię, odbije się na cczyimś zdrowiu czy życiu. To, co zrobię i czego nie zrobię. To, co zrobi pacjent z moim leczeniem i czego nie zrobi z własnej woli, ale za moim przyzwoleniem. Już teraz chodzę do pracy z drżeniem serca, że coś źle zrobię i komuś stanie się przez to krzywda. To bardzo, bardzo wypalające.
Pielęgnuję swoje pasje, cały czas uczę się pracować z człowiekiem, doskonalę swoje kompetencje miękkie, żeby kiedyś, w razie czego, móc się szybko przebranżowić. Medycyna jest piękna, ale jak jest się młodym, pełnym życia, wiary i ideałów. Potem staje się męczącym rzemiosłem. Tego chcę uniknąć. 
Teraz i tak jestem w komfortowej sytuacji: pracuję od do, nie mam nocek, właściwie to robię jak w korpo i nieźle na tym zarabiam. Ale jednak cały czas ta odpowiedzialność, ten niepokój. Łatwiej by mi było pracować w mniej płatnym, ale i mniej wymagającym zawodzie. Nie wymagającym mniej pracy, bo pracować mogę. Wymagającym mniej odpowiedzialności. Może praca w zespole? To mi dobrze wychodziło w szkole. Ale praca to nie szkoła. 
Zastanawiam się, co po specjalizacji. Dalej bawić się w lekarza? Czy jednak odpuścić udawanie, że ma się wpływ na życie i śmierć i iść do jakiegoś znośnego korpo? Takiego z przerwą na lunch i dedlajnami? Z kartą multisport i tysiącem nowych znajomych, do których będę się uśmiechać?

środa, 26 grudnia 2018

"Życzę Wam" czyli dekalog świąteczny

Życzę Wam szczęścia w nadchodzącym roku 2019 i we wszystkich przyszłych latach, byście nigdy nie musieli doświadczyć żadnego doła.
Życzę Wam spełnienia marzeń tych zwykłych, codziennych, nowej pralki, piątki w szkole (dla siebie albo dla potomka), smacznej kawy.
Życzę Wam spełnienia marzeń tych najskrytszych, dużych, tych, dla których się żyje.
Życzę Wam miłości, tej pięknej, zakochanej, tej stabilnej, do małżonka, tej ponad wszystko. Spełnionej.
Życzę Wam pieniędzy, by nigdy nie zabrakło. By nie było dylematów: dentysta czy zabawka dla dziecka. 
Życzę Wam zdrowia - przede wszystkim. Bo jak człowiek jest chory, to największe radości odchodzą na drugi plan. Nigdy, przenigdy nie trafiajcie na Internę jako pacjenci!
Życzę Wam spełnienia zawodowego, bo nieważne, czy ktoś jest szarym pracownikiem, czy rekinem biznesu, każdy zasługuje na szacunek i godziwe wynagrodzenie.
Życzę Wam pojednania z rodziną, tą bliską, z którymi sprzeczamy się na co dzień, tą daleką, z którą kłócimy się przez lata. 
Życzę Wam własnego mieszkania - bezpiecznego, ciepłego, do którego kochacie wracać i które nazywacie "domem". 
Życzę Wam bogatego Mikołaja, szybkiego internetu, smacznej kawy i żebyście za bardzo nie przytyli w te Święta. ;)

piątek, 13 lipca 2018

Imię do wiadomości redakcji

Zbyszek
Gdy przyszłam ma staż do szpitala spółki X, na internie było wielu lekarzy. Starsi, młodsi, rezydenci, specjaliści... do wyboru, do koloru. Wszyscy szczęśliwi. 
Gdy zaczęłam tam specjalizację, odeszło kilkoro lekarzy. A to emerytura, a to koniec specjalizacji, a to prywatna praktyka. 
Zaczęliśmy we czworo: Zbyszek, Ala, Ola i ja. Szło nam opornie, jak i pewnie innym rezydentom, ale szefowa nie uważała tego za normalne. Co obchód, to docinki, jad, hejt. Tylko Zbyszkowi odbywało się mniej, ale jak się potem okazało, po prostu szefowa wolała mężczyzn lekarzy. 
Ola i Ala odeszły na inne staże: one robiły inną specjalizację i spędziły w naszym piekiełku tylko rok z kawałkiem. Zostaliśmy we dwoje. Mieliśmy dużo dyżurów, w końcu na oddziale było mało personelu. Wielu pacjentów na lekarza. Trudno.

Adaś
Adaś i Łukasz przyszli do nas niedługo później dokładnie rok. Byli piękni, wspaniali... no może nie WYSTARCZAJĄCO piękni i wspaniali, ale jednak - byli. Nowi lekarze. 

Szefowa upatrzyła sobie Łukasza. On był tym dobrym, Adaś tym złym. Łukasz umiał wszystko bez drobnych szczegółów, Adaś nie umiał nic. Łukasz cieszył się estymą. Adaś nienawiścią. W końcu Adaś uciekł do innej lekarki, na inny oddział... ciągle jednak wracał "pod skrzydła" szefowej. Opierdziel, opierdziel, opierdziel. 
No i Adaś uciekł do innego szpitala. Jest daleko stąd, jak się potem dowiedziałam - szczęśliwy. Zostaliśmy w trójkę ze Zbyszkiem i Łukaszem.

Aneta
Potem, pół roku później, przyszła Aneta. Aneta też dostała się w spiralę opierdzieli. Nie była dość "sprytna", jak to określiła szefowa. Aneta miała doświadczenie, dyżurowała już w NOCH. To nic. I tak była zbyt głupia na ten oddział.
Aneta tak jak Ola i Ala - odeszła na swoją specjalizację.

Dorota
Dorota była jak cień: pojawiła się, zaczęła szybko pracować, dostawała pochwały, nawet szefowa nie miała jej wiele do zarzucenia, była ideałem. Nie robiła specjalizacji. Przyszła jako wolny ptak. 
Potem nadszedł jej pierwszy dyżur. Szefowa z innego oddziału załatwiła jej wiele atrakcji, masę przyjęć, problemy, problemy i jeszcze więcej problemów. Dorota ponoć płakała.
Zrezygnowała po trzech miesiącach. Wolała lepszą pracę, wynagrodzenie, miejsce, gdzie płacą nadgodziny, gdzie szanują. Uciekła. Wszyscy wiedzieliśmy, że teraz będzie szczęśliwa.

Rita
A Rita, tak. Rita już gdy zaczynała pracę, była skazana na Wieczny Opierdziel. Szefowa jej nie polubiła, ot tak. 
I tak Rita, miła, wesoła dziewczyna, cierpi w kazamatach Oddziału Bez Przyszłości. Po co? Chyba chce być internistą.

Łukasz
Łukasz długo się trzymał. Pewnego razu zaczepił mnie ksiądz kapelan szpitalny. 
- Pani doktor, pani wie? Doktor Łukasz odszedł!
- Dokąd?
- Na klinikę. Na ostatnim dyżurze był tak śmiertelnie zmęczony... I odszedł. 
Nie zdziwiło mnie to. Wszyscy uciekają.


Ja
Ja uciekłam zaraz przed Łukaszem. Do innej placówki, na inny oddział. Bez szefowej, bez wiecznego zapierdolu. 
Na zawsze.

piątek, 13 kwietnia 2018

O niczym

Dziś będzie post o wszystkim i o niczym.

O tym, że mi gorzej ostatnio, łykam leki tak, jak mi przykazał lekarz, wszystko robię, co trzeba, a tu czasem jak trzaśnie złem, to aż mnie skręca. Może to dlatego, że na terapię nie chodzę? Niesubordynowana pacjentka! Nie wiem już, co robić: czasem jest normalnie, mam wolę walki, a czasem... no porażka. 
O tym, że chyba zmiany się szykują w moim życiu. Może zmiana pracy, może tylko obowiązków? Zobaczymy. W każdym razie trochę przesadziłam ostatnio z pracą i mi się styki przegrzały. Muszę coś zmienić, bo zginę śmiercią tragiczną.
Bo o tym, że mi w pracy coraz gorzej, nie muszę chyba pisać. Dyżuruję ponad siły, a koledzy, co dyżurują jeszcze więcej, czepiają się, że mam za dobrze. Atmosfera jest taka sobie, nie mówiąc już o zawiści i obgadywaniu. Nawet nie chcę wiedzieć, co o mnie plotkują za plecami. W twarz i tak usłyszałam w tej pracy zbyt wiele gorzkich słów.
O tym, że koleżanka ze studiów napisała i chce pojechać ze mną na małe wakacje. Wstępnie zaplanowałyśmy weekend w czerwcu. Mam nadzieję na mały wypoczynek. Chociaż do czerwca jeszcze kawał czasu, nie wiem, jak się życie potoczy.
O tym, że pogoda wreszcie dzisiaj jest piękna i zrobiłam sobie tour po Starym Mieście. W krótkim rękawie. Miałam dziś wolne, bo trzeba było pozałatwiać kilka spraw, a że uwinęłam się szybko, to oprócz urzędów zaliczyłam też spacer i przejażdżkę autobusem numer sto po Śródmieściu.
W każdym razie wraz z kwitnącymi drzewami zakwitam i ja - muszę w końcu o siebie zawalczyć. Kiedyś, jakieś sto lat temu, gdy zakwitły kasztany, ja poszłam pisać maturę, jak to śpiewano w przeboju. Teraz matura za mną, studia za mną, egzaminy za mną, a przede mną? Samobójstwo z przepracowania czy zmiana całego dotychczasowego postrzegania świata?
Mam tylko nadzieję, że w całym tym nieprzyjaznym otoczeniu Wy, Czytelnicy, trzymacie za mnie kciuki... :)

niedziela, 25 marca 2018

Coś dziwnego, czyli zaufanie.

Ostatnio tyle dyżurowałam, że nie miałam czasu na przemyślenia. Ale jednak czasem przyjdzie człowiekowi do głowy coś, co nie powinno się tam znaleźć (tak, w głowie powinnam mieć tylko wytyczne, podręczniki i bazę leków.) 
Zaufanie. To dziwne słowo zarezerwowane było dla mnie do tej pory dla małżonków i "best friends forever." W każdym razie do osób sobie bliskich, które to zaufanie sobie w pewien sposób wypracowały. A teraz napiszę o zaufaniu do osoby całkiem obcej, widzianej często pierwszy raz w życiu: do lekarza. 
Pacjenci muszą czuć do nas zaufanie. Czują je ci, co zwierzają się ze wszystkich rodzinnych sekretów, opowiadający o swoich wnukach, o swoi mężu, o swoich codziennych sprawach. Ale też ci do tej pory "zimni", którzy między cierpkimi, urzędowymi słowami, między bezosobowymi objawami przemycają jakiś swój niepokój, jakąś bolączkę. Ci nawet bardziej nas darzą zaufaniem niż innych, bo innym by nigdy o swoich prywatnych niedoskonałościach nie opowiedzieli. Nam opowiadają, bo muszą, ale też - bo chcą. W końcu nikt ich nie zmusza, eliksiru prawdy nie posiadamy.
Pacjent darzy lekarza zaufaniem, gdy opowiada mu o bolączkach intymnych, o społecznym tabu. Ale też gdy opowiada nam o sobie w ogóle. Przecież bóle brzucha, duszności też są dla niego krępujące. Człowiek silny nie choruje, nie narzeka - oni okazują nam swoją słabość. Ta słabość sprowadziła go do nas. 
Inną sprawą jest ta sensu stricto intymność. Pacjent rozbiera się, daje się dotknąć, obejrzeć, zbadać. Kobiety odsłaniają piersi, mężczyźni krocze, czasem badamy pacjentów palcem przez odbyt. Czyż to nie wymaga zaufania? Trzeba zaufać, że to tylko rutynowe, bezosobowe badanie. Nic prywatnego. 
Zaufanie trzeba sobie wypracować. I to nie wypracować długą znajomością, zażyłością, miłymi słówkami. Trzeba je sobie wypracować przez te kilka-kilkanaście minut profesjonalnej, wręcz urzędniczej rozmowy, którą prowadzi się licząc głównie na uzyskanie rzeczowych informacji o objawach, chorobach i lekach. A po takiej rozmowie, polegającej na spytaniu: "na jakie choroby przewlekłe się pan leczy? Jakie leki pani przyjmuje? Choruje pan na cukrzycę? Nadciśnienie? Przechodził pan zawał serca?" trzeba przejść do: "rozbierze się pan do badania." 
A na końcu całego procesu leczniczego mamy kolejną dawkę koniecznego zaufania. Zalecamy leki, dajemy skierowanie do specjalisty, na badania. My musimy zaufać i pacjent musi zaufać. Bez zaufanie się nie obejdzie. Jeśli my nie wzbudzimy zaufania, to pacjent nie weźmie leków, nie pójdzie na badania, a jeśli my nie zaufamy pacjentowi, to jak mamy go bezpiecznie wypisać? 
Ochrona zdrowia, by funkcjonować sprawnie, wymaga zaufania. Tak było zawsze i tak będzie. A my musimy o to zaufanie walczyć.

poniedziałek, 12 marca 2018

Atmosfera

W czasie specjalizacji byłam już na kilku oddziałach, na stażu podyplomowym również. Studiów nie liczę, gdyż jako student człowiek mniej udziela się w szpitalnym życiu, a częściej podpiera ściany i zbiera wywiady w dziesięciu na jednego pacjenta. Tak więc łącznie w samej pracy zwiedziłam dobre kilkanaście oddziałów czy klinik. 
I prawie wszędzie było podobnie, to znaczy gwarny korytarz, po którym biegali pacjenci, pielęgniarki, rodziny i znajomi chorych, lekarze i pozostały personel, w zależności od oddziału: opiekunowie, salowi, ratownicy, rehabilitanci, sekretarki. Na salach pacjenci siedzieli na łózkach, leżeli albo chodzili. Jeździły wózki z posiłkami, stoliki z lekami, łóżka z chorymi. Niektórzy chodzili do toalety, pchając za sobą stojaki z zawieszonymi kroplówkami. Działo się.
Wszystko tonęło w morzu hałasu, barw, chaosu. Tego dziwnego, zorganizowanego hałasu, jaki możliwy jest tylko w wielkich molochach pełnych ludzi. W tym wszystkim - ja. Mały trybik w machinie Medycyny. A ja bardziej lubiłam kilka godzin tego pędu niż dłużyznę dyżurów. 
Wiadomo, że na dużych oddziałach jest ta atmosfera wyraźniejsza i gęstsza niż w małych, czasem wręcz kameralnych. Spokojniej wydaje się być na niektórych klinikach, gdzie pacjentów jest mniej, ale za to więcej jest ciężkich i niechodzących. Wtedy życie biegnie ciszej i na salach, gdzie gromadzą się rodziny, przemykają pielęgniarki i lekarze. W nowych budynkach gdańskiego Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego ciszy przydaje też przestronność i sterylny wygląd pomieszczeń. Idąc długimi, szerokimi korytarzami nierzadko jest się samym i słyszy się tylko odległe kroki i szumy. 
Największe stężenie ciszy tkwi oczywiście na Oddziale Intensywnej Terapii, gdzie korytarze są wymarłe poza godzinami obchodu, gdyż pacjenci śpią, rodzin się nie wpuszcza, pielęgniarki i rehabilitanci zajmują się chorymi na ich salach. Tam człowiek przechodzi przez podwójne drzwi z magicznym guzikiem domofonu, mija krąg płaczących w milczeniu rodzin i dostaje się na Inny Świat Korytarza. Stamtąd wchodzi się na sale chorych, także nieme, jednak szumiące i dzwoniące licznymi urządzeniami, które utrzymują pacjentów przy życiu i monitorują ich stan. 
Na Internie również wielu pacjentów śpi, niektórzy nawet z mózgiem zniszczonym chorobami, uśpieni leżą aż do śmierci, jednak reszta leżących nadrabia rozmową, krzykiem, jękiem, stukotem stojaków od kroplówek, chodzików, lasek, stóp. Zaś my - personel - przydajemy temu miejscu swoim pędem tej niezwykłej atmosfery szpitala. Atmosfery, jakiej nie jest w stanie przedstawić żaden medyczny serial. ;)

piątek, 2 marca 2018

Dwadzieścia osiem godzin (SOR)

Godzina zero: siódma rano, wstaję z łóżka, jestem przymulona, a budzik bezlitosny.
Godzina pierwsza: docieram do pracy, przebieram się. Zaczynam funkcjonować.
Godzina druga: pierwsi pacjenci przychodzą, już jedną chorą mam zbadaną. SOR rozkręca pracę.
Godzina trzecia: poczekalni powoli się wypełnia, na razie leniwie.
Godzina czwarta: ktoś przychodzi, ktoś czeka. Kończę swoją "działkę", zaczyna badać koleżanka.
Godzina piąta: bada koleżanka, ja sprawdzam wyniki swoich pacjentów.
Godzina szósta: znowu ja badam. Wypisałam pierwszych chorych. Kogoś z przeziębieniem, kogoś z bólem brzucha bez zmian w badaniach. Reszta czeka.
Godzina siódma: kończę swoją działkę. Jeszcze jeden pacjent, który czeka w poczekalni. Reszta koleżanki.
Godzina ósma: znowu kilka osób wypisałam, pacjenci się cieszą. Dwie osoby przyjęłam na oddział.
Godzina dziewiąta: mam ciężkiego pacjenta, trzeba go szybko przyjąć do szpitala.
Godzina dziesiąta: badam nowych chorych, znowu kilka osób przyjęłam do szpitala, na szczęście nie wszystkich na Oddział Interny. Dwie osoby poszły na Oddział Kardiologii.
Godzina dziesiąta: złażą się. Nagle zakwalifikowali do nas kilka osób naraz. Badamy.
Godzina jedenasta: pierwszy dzisiaj pijany pacjent. Badamy, czując woń alkoholu.
Godzina dwunasta: minęło pół doby od wstania z łóżka. Badam dalej. Pacjenci nadal przychodzą licznie na SOR.
Godzina trzynasta: minęła połowa dyżuru. Kilka osób zalega nam w poczekalni, ktoś siedzi w gabinecie. Reszta czeka na wyniki badań.
Godzina czternasta: coraz mniej osób przychodzi na SOR. Badamy.
Godzina piętnasta: wypisujemy, kogo się da, jednak wiele osób nadal czeka na wyniki badań.
Godzina szesnasta: większość wypisana, kilka nowych osób dopiero kierujemy na badania. Będzie impreza w nocy.
Godzina siedemnasta: Północ. Jedna z nas idzie odpocząć, druga przyjmuje. Ja mam iść odpocząć, jednak mam trzy osoby do wypisania. Piszę wypisy.
Godzina osiemnasta: skończyłam wypisywać tych, co nie kwalifikują się do przyjęcia do szpitala. Jeszcze jedna osoba czeka na wyniki.
Godzina dziewiętnasta: wszyscy wypisani, kilka osób czeka na przyjęcia na oddział. Idę się zdrzemnąć.
Godzina dwudziesta: trochę przysnęłam, dzwoni budzik.
Godzina dwudziesta pierwsza: moja działka, przychodzi pacjent, przyjmuję.
Godzina dwudziesta druga: pojedynczy pacjenci się schodzą, badam, zlecam badania.
Godzina dwudziesta trzecia: w sumie mam na stanie tylko pięciu chorych. Dwoje czeka na przyjęcie na oddział, troje na wyniki.
Godzina dwudziesta czwarta: doba od wstania z łóżka. Ktoś przychodzi, badam.
Godzina dwudziesta piąta: koniec dyżuru! Zdaję pacjentów następnym dyżurnym.
Godzina dwudziesta szósta: chorzy przekazani następnym, pogadałam chwilę z lekarką z oddziału. Wychodzę do domu.
Godzina dwudziesta siódma: jestem w domu, zdejmuję ubrania, idę pod prysznic, wchodzę do łóżka. Jestem zbyt zmęczona, by zasnąć, mam mdłości.
Godzina dwudziesta ósma: zasypiam.

piątek, 19 stycznia 2018

Oddział Intensywnej Terapii

Robię staż specjalizacyjny na oddziale Intensywnej Terapii. Jak tu jest inaczej niż na Internie! Jest miło i przyjemnie, tak jak u mnie na oddziale macierzystym przed obchodem kupuje się kawkę, a po obchodzie ją pije, ale...

Na Internie jest prawie pięćdziesięciu pacjentów, na OIT dziesięciu.
Na Internie jeden lekarz przypada na średnio ośmiu chorych, na OIT na dwóch-trzech.
Na Internie przelatuje się po pacjentach, na OIT obchód trwa dwie godziny.
Na Internie rozmawia się z pacjentami, czasem o zdrowiu, czasem o pierdołach, na OIT pacjenci śpią.
Na Internie w obserwacji opisuje się to, co się dzieje z chorym, na OIT podaje się wszystkie liczbowe parametry. 
Na Internie stan chorych sprawdza się rozmawiając lub osłuchując, pytając o samopoczucie, na OIT ma się monitory, respiratory, pulsoksymetry.
Na Internie na korytarzu słychać gwar, krzyki, jeżdżące wózki, na OIT panuje cisza. 
Na Internie pielęgniarek jet dużo i biegają, przetaczają wózki lekowe po salach, mijają się z opiekunkami, na OIT jest ich mało, ale mają mniej pacjentów, każda zajmuje się swoją salą. 
Na Internie mamy opiekunki, które karmią, rozmawiają, biegają, wołają, na OIT są fizjoterapeuci, którzy po cichu, w milczeniu ćwiczą z pacjentami.
Na Internie mamy dziesiątki leków naszych plus szafkę własnych leków chorych, na OIT leki są silniejsze, ale jest ich niewiele. 

Można by znaleźć pewnie więcej różnic. Te oddziały różni prawie wszystko. Wyjątkiem jest jedna cecha wspólna: i tu, i tu cały personel skacze przy chorych i stara się, by jak najwięcej z nich wyszło z oddziału o własnych siłach, nawet jeśli nie na własnych nogach, to przynajmniej żywych. I zadowolonych z opieki.
Byłam już na wielu stażach i praca na większości oddziałów przypominała jednak pracę na Internie. Cóż, na tej specjalizacji robi się staże głównie na oddziałach internistycznych. A to gastroenterologia, a to neurologia, a to kardiologia. Ten staż jest inny. Ale czasem miło zaznać odmiany. :)

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Szczęście. Ulga. 24 godziny.

Dwadzieścia cztery godziny uśmiechu, elegancji, profesjonalizmu i bieli. Dwadzieścia cztery godziny w sztywnych ramach i sztywnych ubraniach. Dwadzieścia cztery godziny pracy.

To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach wchodzisz do własnego mieszkania.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach rozpinasz guzik od ciasnych spodni.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach zdejmujesz skarpetki.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach zdejmujesz stanik.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach wchodzisz pod gorący prysznic.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach otwierasz piwo.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach odgrzewasz sobie posiłek.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach bezkarnie zanurzasz się w internecie.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach kładziesz twarz na poduszce.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach przykrywasz się miękką kołdrą.
To uczucie, kiedy po ponad dwudziestu czterech godzinach nie masz przy głowie słuchawki telefonu.

Tego nie da się opisać.

czwartek, 15 czerwca 2017

Grzech pychy

Gdy robisz na dyżurze wieczorny obchód, wielu pacjentów czegoś chce. Niektórzy tylko tabletkę na sen, więc dajesz. Inni za to się duszą, krztuszą, coś ich boli, uwiera, krzyczą. Kończysz obchód z zapełnioną "listą potrzeb", bierzesz zlecenia i cierpliwie na kartce "leki jednorazowe" wpisujesz wszystko: leki przeciwbólowe, na duszność, a to sterydy, a to kroplówki, a to ampułkę leku moczopędnego. 
Liczysz na to, że pacjent przestanie cierpieć, to raz, że się nie pogorszy, to dwa, że nie umrze do rana, to trzy. Po obchodzie jeszcze kilku zdrowotnych rozbitków dzwoni białym dzwonkiem. Pielęgniarki wołają: pan Kowalski się dusi, panią Nowak boli brzuch, pani Malinowska chce coś na sen, tylko zapomniała powiedzieć. Chodzisz, badasz nieszczęśnika, wypełniasz zlecenia. Przy okazji dajesz pić panu Lewandowskiemu, bo nie sięga wody ze stolika. Pilnujesz, dbasz. Dzieje się, ot dyżur.
Nadchodzi noc, właściwie już blisko do rana, przyjąłeś wszystkich pacjentów, nie masz więc już wolnych miejsc na oddziale, dałeś te milion zleceń, przetoczyłeś wszystkie jednostki krwi, rozpisałeś insuliny, zjadłeś, wypiłeś kawę i chcesz wtoczyć się pod kocyk i do szóstej zamknąć oczy. Ale przecież tyle się działo.
I to cudowne uczucie, gdy ostatni raz przechodzisz przez oddział, a tam nikt nie krzyczy, nikt nie jęczy, a z każdych otwartych drzwi do sali rozlega się głośne... chrapanie. ;) Zamykasz te oczy pod tym kocem, resetujesz się jak najszybciej, a od szóstej do ósmej ostatnia prosta. 
Jakiś czas temu odbyła się u nas w dyżurce dyskusja na temat dyżurowania w weekendy. Zadziwiła mnie wypowiedź jednego ze starszych lekarzy - zagorzałego PIS-owca, "wierzącego niepraktykującego", klnącego na każdym kroku, którego ulubionymi słowami są "ruchać", "bzykać", "chuj", "pizda" i podobne. Mianowicie stwierdził, iż lekarz, jako że poświęca się dla innych, po śmierci idzie prosto do nieba, niezależnie od postępowania za życia. Myślę, że przy wszystkich grzechach, które popełnia, a i które popełniamy przecież wszyscy, grzech pychy przebija się u niego na pierwszy plan...