sobota, 14 września 2019

Gdy się jest bardzo szczęśliwym...

Gdy się jest bardzo szczęśliwym, spada się z bardzo wysokiego konia. Nagle okazuje się, że ma się nową pracę, dyżury, obowiązki i wydatki, a nie jest się na to zupełnie przygotowanym. Że to, co robiło się przez ostatnie miesiące, nie ma swojej dalszej ścieżki w obecnym życiu. 
Byłam na konsultacji w szpitalu, dostałam leczenie, na razie czekam. Czekam, aż znowu będę tu pisać o swoich sukcesach. Będzie tak? Teraz trudno jest mibto sobie wyobrazić, ale... przecież jestem lekarzem. Zdałam studia, staż, pół specjalizacji, wiele kursów, konferencji, wszystko na dobre stopnie. Wiem, jak przebiegają choroby i ich leczenie.
Może niedługo napiszę więcej.

sobota, 13 lipca 2019

W domu, a jednak jakby poza

Od wczoraj siedzę u rodziców. Czuję się dużo gorzej, więc postanowiłam odpocząć i pojechać. Czekam na pierwszą kłótnię z mamą, co tylko pogorszy mój stan, ale na razie jest miło i przyjemnie. Jest nas w jednym domu siedem osób i trochę mi tu ciasno. Na szczęście mam swój pokój, swoje własne, ciche miejsce.
Byłam u psychiatry i dostałam nowy neuroleptyk. Zobaczymy. Na razie jeszcze jest słabo. Nawet na terapię chodzę regularnie, chociaż na razie rozgrzebujemy tylko bolesne sprawy. Mam wrażenie, że po ostatnich moich problemach, tych w rodzinie, tych w życiu i tych, które mnie bezpośrednio nie dotyczą, raczej mojej rodziny, ale przyprawiają mi bólu głowy, zaczęłam bardziej o siebie dbać. Na pewno pójście na terapię i zapisanie się do psychiatry (po pięciu miesiącach!) było dobrym posunięciem.
W pracy nie jest źle, pacjentów lubię, szefowa jest wyrozumiała. Jedynie kilka osób mnie denerwuje, bo zwierzają mi się non stop ze swoich problemów i opowiadają o swoich rodzinach, a ja oczywiście słucham z uśmiechem, bo inaczej nie umiem. A mam swoje życiem, swoje problemy i cudze mnie gówno obchodzi. No ale ja jestem dobrą ciocią i słucham. 
Ale żeby nie jojczeć tylko, to napiszę, że planuję urlop na wyjeździe. Odpoczynek! Tak bardzo potrzebuję odpoczynku... Pracę lubię, jednak za dużo, za dużo. Może to z przepracowania czuję się coraz gorzej? Pewnie złożyło się na to wiele czynników. 
Na razie wszyscy z rodziny siedzą w ogrodzie, a ja w domu z laptopem. Dzięki temu mam upragniony spokój. Gdy jestem w cudzym domu i muszę spędzać czas z innymi, nie mogę po prostu wyjść, moją chwilą wytchnienia jest zamknięcie się w łazience. Co za ulga! Tutaj, w domu, nie muszę chodzić ciągle siku. Mam własny pokój. A teraz, gdy inni śmieją się na zewnątrz, mam też przestrzeń na dole, w salonie. Słyszę tylko ich śmiech i radosne dialogi, których słów nie rozumiem. Oni mówią w innym języku niż ja. Niż moja głowa. Czasem ja też nie rozumiem języka, jakim mówi moja głowa. 
Czy znów pokłócę się z mamą? Czy jednak do końca będziemy rozmawiać jak dawniej? Udawać, że nic się nie stało, że nazwanie mnie porażką nie miało miejsca? Na razie tak właśnie robimy. Chcemy zachować ten kruchy stan miłości. W końcu rodzice i brat to jedyni ludzie na tym świecie, których kiedykolwiek kochałam.

czwartek, 6 czerwca 2019

Dyżurowe paranoje

Nie dyżuruję od ponad roku. Zmieniłam placówkę, w której pracuję. Miałam przerwę w specjalizacji. Teraz jest dużo lepiej niż było. 
Nadal jednak nie umiem się w pełni zrelaksować. Jeszcze przez kilka miesięcy po zmianie pracy śniły mi się dyżury, śnił mi się SOR, przyjęcia na oddziale. Miałam koszmary o dzwoniących telefonach, o pielęgniarkach zgłaszających zgony i powikłania. Do dziś jak próbuję cieszyć się nocą we własnym łóżku, nachodzą mnie myśli, że to może być sen, że zaraz obudzę się po krótkiej drzemce na dyżurze, przerażona i zmęczona, a na zegarze nie będzie jeszcze nawet trzeciej w nocy. Albo obudzi mnie telefon: ktoś się pogarsza, kogoś boli, ktoś umiera. Minął już rok, a takie myśli nadal mnie prześladują. 
Nadal nie zdobyłam się na to, żeby iść odwiedzić ludzi z oddziału. Mam kupione upominki, ale od roku nie dotarłam do tego miejsca. Miejsca, w którym myśli pędziły jak szalone albo zatrzymywały się w grząskiej mazi, w którym krzykliwa muzyka w uszach uniemożliwiała sen, w którym dzwonił przeklęty telefon. 
Do dziś ogarnia mnie lęk, gdy wibruje moja komórka. Kiedyś oznaczało to "prośbę" szefowej o wzięcie kolejnego dyżuru albo opierdziel za coś, czego nie dopilnowałam w pracy. Zimny głos i jeszcze zimniejszy pot na moim ciele. 
Ciężko mi się o tym pisze, bo rany jeszcze nie są zagojone. Być może jeszcze długo nie będą. Przerwa w specjalizacji pozwoliła mi się wyciszyć, ale nie zapomnieć. Na co dzień jestem szczęśliwa, ale w ciemności wracają demony. 
Jakiś czas temu zaczęłam terapię i tym razem zamierzam ją ukończyć. Mam czas, wyznaczony termin, mam fundusze, mam motywację. I zamierzam raz na zawsze uwolnić się od mojej poprzedniej pracy.

sobota, 11 maja 2019

Pięć kropli

Oto pięć kropli
na zimnej skórze
dyżuranta:

Pierwsza kropla
to kropla kawy
którą pijesz zawzięcie
żeby odpędzić nadchodzące demony
pomaga uśmiechać się
lubić
słuchać.

Druga kropla
to kropla zupy
którą odgrzewasz w mikrofalówce
żeby nabrać sił
przed tą złą dobą
a jesz ją godzinę później
po przyjęciu pacjenta i jednym zgonie.

Trzecia kropla
to kropla potu
gdy nadarzy się Nieznane
jakiś dziwny ból
klatki piersiowej, głowy, ramienia, nogi
a ty dociekasz
robisz badania
a pacjent czeka
na ciebie
bo Ty jesteś jego nadzieją.

Czwarta kropla
to łza
po piątej, siódmej, siedemnastej godzinie
pracy
bez snu
bez wytchnienia
odpowiedzialności
samotności.

Piąta kropla
to rosa
na zielonej trawie przed szpitalem
po dwudziestu czterech godzinach
pracy
tak piękna, pachnąca świeżością
po dobie wdychania
stęchlizny dyżurki.